czwartek, 27 grudnia 2018

Michelsbaude: Historia nieistniejącej izerskiej gospody


Przez ponad sto lat, być może od chwili, kiedy w roku 1783 opisał ją po raz pierwszy Johann Ernst Fabri, a może dłużej, w Michałowej Baudzie (Michelsbaude) wędrowcy przemierzający Góry Izerskie znajdowali nocleg, ciepło i posiłek. Rozpoczynała karierę jako leśniczówka wzniesiona przez hrabiego Schaffgotscha (Johann Nepomuk Gotthard), by stać się punktem orientacyjnym na mapie, miejscem, gdzie można na obiad zjeść "znakomitą pieczeń z zająca"[1], jedną z dwunastu części Szklarskiej Poręby i literacką bohaterką (Gerhart Hauptmann "Dzwon zatopiony: baśń dramatyczna" oraz "A Pippa tańczy! - baśń huty szklanej", Will-Erich Peuckert "Bajki z Karkonoszy i Gór Izerskich"). Mijali ją, a może nawet wstąpili na obiad lub nocleg, szósty prezydent Stanów Zjednoczonych John Quincy Adams (kto nie wierzy, może zajrzeć TUTAJ), Adalbert Hoffmann ("być może Otto Adalbert Hoffmann, 1858-1906, nauczyciel i historyk sztuki"[2]) i mnóstwo podróżników, którzy uwiecznili Michelsbaude w pamiętnikach. Po okresie świetności bauda podupadała coraz bardziej, mijający ją podróżnicy przestali polecać ją w swoich przewodnikach, a ponury karczmarz miał dla swych gości jedynie gorzałkę. 
Dziś, na Jeleniej Łące przy Starej Drodze Celnej, po Michelsbaude nie ma nawet śladu. 
I oto w niniejszej monografii odżywa za pośrednictwem fragmentów pamiętników, przewodników, opisów podróży czy podręczników dla wędrowców, w których ich autorzy opisywali Michelsbaude począwszy od Johanna Friedricha Zöllnera w 1791. 

Ilość zgromadzonych w książce cytatów, zdjęć, dokumentów i mapek, wzbudza szacunek. Przecież przytoczone źródła (poza tłumaczeniami dzieł Hauptmanna) nie istnieją w języku polskim, niemal każde z nich zostało wyszperane w Archiwum Państwowym w Jeleniej Górze lub Wrocławiu, Muzeum Karkonoskim, antykwariacie lub zasobie cyfrowym, przepisane z gotyku lub szwabachy, bo w takiej formie zazwyczaj znajdziemy reprinty lub skany (niejednokrotnie ręcznie pisanych) dokumentów, do komputera (tutaj pomocny był, jak zawsze, niezastąpiony Ullrich Junker), przetłumaczone, a nie jest to współczesny język niemiecki (pomocy w tłumaczeniach udzieliła pani Jowita Selewska) oraz konsultowane w dziedzinie językowej, kartograficznej i historycznej.
Następnie autor uporządkował te materiały, omówił, opatrzył własnymi fotografiami i zaprezentował czytelnikom.
Kogo może zainteresować nieistniejąca od stu lat Baude, bauda lub bouda, czyli schronisko? Każdego, kto wędruje po Górach i Pogórzu Izerskim, interesuje się historią naszego regionu a także .... literaturą. 
Mnie przyciągnęło to, co w pamiętnikach jest najcenniejsze - opisy. Opisy wnętrz chat, zwyczajów, ludzi, ich ubioru i domowych sprzętów, a także zwyczajów podróżników, którzy przemierzali Dolny Śląsk jako nowy gatunek hobbysty, czyli turysta. Temu samemu służy przytoczona w tej książce literatura oraz spostrzeżenia autora na temat powiązań karczmy ze sztuki Hauptmanna "A Pippa tańczy!" z Michelsbaude, ale również z Walonami i Wenecjanami, którzy przybyli w te strony by pozyskiwać surowce oraz wyrabiać szkło. 
Wśród fauny i flory Jeleniej Łąki, na której niegdyś stała Michelsbaude, warto wspomnieć bielika oraz wszewłogę górską, z której sporządzano nalewkę "Iser-Bitter". Autor też wskazuje konkretną przyczynę upadku Michelsbaude. W swoich poszukiwaniach informacji, niejednokrotnie przeżywał olśnienia i radość z odnalezionego tropu, powiązania ze sobą informacji, odkrycia tajemnicy. Tę radość dzieli z czytelnikiem, nadając książce, było nie było dokumentalnej, elementy sensacji. 
Format książki 175 x 130 centymetrów oraz forma graficzna, nadają lekki rys starego dokumentu. 
Znajdujący się na okładce dom to Michelsbaude w wizji Arkadiusza Makowskiego, osadzony na zdjęciu Jeleniej Łąki i Starej Drogi Celnej, wykonanej przez autora. Cóż za wspaniały pomysł!
Ta niewielka książka ma ogromny ładunek wiedzy historycznej. Jak autorowi udało się w niej pomieścić tak dużo, doprawdy nie wiem. Mam wrażenie, jakbym przeczytała gruby tom opisujący schroniska, huty szkła, literaturę regionu oraz tradycje chłopów izerskich na przestrzeni wieków. Zaintrygowana przekopałam internet w poszukiwaniu dodatkowych informacji. W głowie ożyły mi scenki opisywane przez podróżników. Muszę przyznać, że kupując tę książkę sprawiłam sobie wspaniały prezent bożonarodzeniowy, za co Autorowi serdecznie dziękuję. 

[1]"Michelsbaude: Historia nieistniejącej izerskiej gospody", Wawrzyńczak Marcin, Wydawnictwo Wielka Izera 2018, s. 20
[2] tamże, s. 21

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Księgarnia Wydawnictwa Wielka Izera TUTAJ  
(na stronie ciekawostki dotyczące Gór Izerskich oraz interesujące zapowiedzi).

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------



Wydawnictwo Wielka Izera na Facebooku: TUTAJ   

(na stronie znajdziecie mnóstwo ciekawostek dotyczących historii Gór Izerskich)


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Michelsbaude: Historia nieistniejącej izerskiej gospody
Marcin Wawrzyńczak

Wydawnictwo: Wydawnictwo Wielka Izera
data wydania  14 grudnia 2018
ISBN  9788395229343
liczba stron  112

Książka istnieje także w wersji elektronicznej. 

źródło

Spis treści:

1. Wstęp
2. Okolica i miejsce
3. Wzmianki historyczne
4. Tropy literackie
5. Bauden-Robert i rodzina Adolph
6. Mikroświat i życie codzienne
7. Huty szkła
8. Góry i górnicy
9. Bauda
10. Ludzie
11. Zakończenie


Marcin Wawrzyńczak

Profil tłumacza: Marcin Wawrzyńczak

Marcin Wawrzyńczak urodził się w 1968 roku w Warszawie, z zawodu tłumacz języka angielskiego, mieszka poza miastem od 2002, a w górach Izerskich od 2009. Autor fanzinu Eternal Torment (1985 - 1988), blogów Soulside Story (2005 - 2009) i Najstarsze Drzewa (od 2009). Jego hobby to fotografia, wędrówki po górach i aikido.

Profil autora na Facebooku TUTAJ
Na profilu znajdziecie niesamowite zdjęcia z okolic Chromca i z Gór Izerskich, ale nie tylko....


Goodreads: 




W przygotowaniu od Wydawnictwa Wielka Izera 

(czyli nie mogę się już doczekać i dlatego czytam zamieszczone na stronie wydawnictwa notatki):


“Podróżnicy w Górach Olbrzymich. Antologia tekstów źródłowych”

  
Autorzy:   Johann Friedrich Zollner (1791) G. P. Mogalla (1796) Johann Christoph Friedrich GutsMuths (1799) J. K. E. Hoser (1803) K. F. Mosch (1821) Rozalia Saulsonowa (1850) i inni   Planowana data publikacji: 2019



Adalbert Pohl, “Leśny rewir Orle oraz kolonie Tkacze i Domy nad Kobyłą” (1894)



Krótki opis geograficzno-historyczny mało znanego zakątka Gór Izerskich, pierwotnie opublikowany w 1894. Obejmuje wieś Tkacze oraz przysiółki Orle, Jakuszyce, Domy nad Kobyłą i Michelsbaude. Do tego nazewnictwo 47 oddziałów leśnych składających się na rewir Orle. 
Plus składana mapa barwna 65 x 48 cm.   
Format 105 x 148 mm 48 str. 
Oprawa twarda szyta Planowana […]


środa, 19 grudnia 2018

Zbrodnie z miłości


"Twarz jej zakryjcie. W oczach mi się mąci. Młodo umarła. 
Fragment Tragedii księżny Amalfi."[1]

23 stycznia 1927 roku Agatha Christie wyruszyła w morską podróż. Statek SS "Gelria" popłynął do Las Palmas na Wyspach Kanaryskich. Agatha spędziła czas w hotelu Taoro na Teneryfie wraz z córką Rosalind i sekretarką Caro. Pisarka szukała ukojenia po wydarzeniach minionego roku, po rozpadzie małżeństwa z Archibaldem Christie i po jej tajemniczym zaginięciu w grudniu 1926 roku. 
Andrew Wilson po raz drugi, po wydarzeniach opisanych w książce "Królowa zbrodni", snuje alternatywną wobec rzeczywistości, fikcyjną opowieść o Agacie jako detektywie. 
Szukająca odosobnienia i wyciszenia nerwów Agatha pragnie zaszyć się na ciepłej, słonecznej wyspie, z dala od plotek i dokończyć "Zagadkę Błękitnego Ekspresu". Pisanie powieści nie idzie Agacie tak, jakby chciała, a wydarzenia, które są jej udziałem nie sprzyjają kojeniu nerwów. Już podczas rejsu bohaterka powieści Wilsona zostaje wplątana w pełną napięcia sytuację, jest bowiem świadkiem samobójstwa młodej kobiety. Natomiast na Teneryfę płynie by wyjaśnić inną, tajemniczą śmierć młodego mężczyzny. 


Uczestnicy rejsu zostają zakwaterowani w tym samym hotelu, co Agatha, na planie pojawiają się również stali mieszkańcy wyspy. Zgodnie z przestrzeganymi przez samą Agathę  zasadami powieści detektywistycznej mamy tutaj do czynienia z klasyczną "tajemnicą zamkniętego pokoju" (locked-room mystery), podobnie jak w przypadku "I nie było już nikogo" jest to wyspa, a podejrzanymi są wyłącznie tzw. osoby z towarzystwa. 
Klimat powieści jest również przesycony latami 30. XX wieku oraz duchem Agathy Christie. Owszem, brakuje mu typowej dla pisarki finezji i poczucia humoru, nie da się zapomnieć, że autorką książki nie jest sama Agatha, niemniej i klimat, i intryga wciągają, zapewniając czytelnikowi kilka godzin godziwej rozrywki.

W książce mamy do czynienia z plejadą charakterystycznych dla twórczości Agathy typów: bogatych próżniaków popijających popołudniową herbatkę i ukrywających swoją finansową sytuację bankrutów, starsze, bogate damy, zanudzające wszystkich opowieściami i młode, atrakcyjne kobiety, przyciągające wzrok mężczyzn, a także ludzi, którzy okazują się nie być tymi, za których się podają. Po kilku spektakularnych zwrotach akcji następuje klasyczny finał z udziałem wszystkich, pozostałych przy życiu. Brawurowo rozegrana scena pozostawia czytelnikowi uczucie satysfakcji, a fabuła jest prowadzona bardziej klarownie niż w "Królowej Zbrodni". 

W powieści pojawiają się nawiązania do poprzedniej książki, w której bohaterką jest Agatha Christie, ale dla osób, które nie czytały tego tomu, nie sprawi to żadnego problemu. Nie ma potrzeby znać książki "Królowa Zbrodni", aby cieszyć się intrygą opisaną w "Innym rodzaju zła".  

Czy coś przemawia na niekorzyść tej książki, poza brakiem agatkowej finezji? Na pewno przewidywalność fabuły, co mi się w oryginalnych powieściach Christie nie zdarzało i kilka powtórzeń, które umknęły autorowi, być może z nerwów, czy wszystko skończy się dobrze. Pomimo tego polecam "Inny rodzaj zła" dla wielbicieli twórczości Agatahy Christie oraz powieści detektywistycznych w stylu retro. 

Cieszę się również na zapowiedź kolejnej książki Andrew Wilsona, z Agathą Christie w roli detektywa pt. "Death in a Desert Land", który w wolnym tłumaczeniu brzmi "Śmierć w pustynnym kraju". Nie wiadomo czy książka ukaże się pod takim tytułem w Polsce, ale ja już czekam na ten tom przygód pisarki. Tym razem nasza bohaterka wybierze się do Persji na wykopaliska i trafi w środowisko archeologów, którymi targa zazdrość o sławę i rywalizacja o prawa do wykopanych artefaktów. [źródło]
--------------------------------
[1] "Inny rodzaj zła", Wilson Andrew, tłum. Hrycak Beata, Wydawnictwo Bukowy La, 2018, s. 298



Inny rodzaj zła
Andrew Wilson
Tłumaczenie: Beata Hrycak
Wydawnictwo: Bukowy Las
tytuł oryginału A Different Kind of Evil
data wydania 31 października 2018
ISBN 9788380740709
liczba stron  336


piątek, 1 czerwca 2018

Dziedzictwo - Bartosz Zawistowski

Autor zafundował nam prawdziwą podróż w czasie. Opowieść spleciona jest z kilku, zdawałoby się odrębnych, wątków.

Główną bohaterką jest żyjąca współcześnie nastolatka, Basia. Razem z rodziną wybiera się na niedzielną wycieczkę, pije wodę z Dobrego Źródła koło kaplicy św. Anny, odwiedza Wang i tzw. Patelnię, punkt widokowy w Sosnówce. Dziewczynka miewa wizje, w których widzi dziwne postaci z przeszłości. Czy jej wizje mają jakiś ukryty sens?

Wraz z jedną z nich przemieszczamy się do roku 960, kiedy na rzeką Bóbr żyli Słowianie, a wołchw, inaczej żerca, Drogomysł przemierzał leśne ostępy dzisiejszego Dolnego Śląska. To dla tej ziemi czas szczególny:
„Mówiono o słynnym wołchwie z plemienia Poboran, których grody stały na zachód wzdłuż rzeki Bóbr w Puszczy Dolnej. Zwali go Drogomysł. Podobno wieszczył on koniec wiary i śmierć bogów. Wizji owych miał doznać na świętej Górze Grobowej, uprzednio tocząc zaciętą walkę z ogromnym i przeraźliwym wilkołakiem. Zwiastował nadejście okrutnych, krwawych czasów dla wszystkich, którzy sprzeciwią się nowo panującej religii.”[1]

Sosnówka, kaplica św. Anny

W roku 1281 na Dolny Śląsk przybywają Joannici. Zakonnik Jan trafia na Źródło, z którego woda ma moc uzdrowicielską. Korzysta z niej okoliczna ludność.
„Baltazar wyjął z podręcznej sakwy gotowe opatrunki. Szybko, ale delikatnie owinął nimi czarne palce dłoni oraz stóp. Zakonnik obserwował czujnie jego ruchy. Ernestyna powoli wyglądała coraz lepiej, jednak katusze nie odpuściły całkowicie. Dopiero, gdy Baltazar podał jej napój ze szklanej fiolki, nastąpiła widoczna poprawa. Starowinka rozluźniła mięśnie, głęboko odetchnęła, a nawet znowu zaczęła się uśmiechać. Zupełnie, jakby ktoś wypędził z niej złego ducha.”[2]
"Patelnia" - skałki na Grabowcu

W 1944 roku Polak Tadeusz ucieka z obozu pracy w Borowicach (Baberhäuser). Pomaga mu dziewczyna z niemieckiego ruchu oporu. To mniej znany epizod wojennej historii Polski.
Widerstand. Yyy usilnie próbowała przetłumaczyć. Tadek słyszał już to słowo. Niemieccy żołnierze wypowiadali je raczej z niechęcią i złością.
Przeszkoda?! dodała po chwili.  
Mężczyznę oświeciło.
Masz na myśli opór? Jesteś z ruchu oporu?”[3]
Nieduża książeczka „Dziedzictwo” zmieści się do kieszeni każdego turysty. Przybliży, w lekki i ciekawy sposób historię regionu, rozbudzi wyobraźnię, umili czas.

-----
[1] „Dziedzictwo”, Zawistowski Bartosz, Ad Rem Jelenia Góra 2018, s. 56
[2] tamże, s. 31
[3] tamże, s. 78


Dziedzictwo
Bartosz Zawistowski
Seria: Z Biblioteki Ducha Gór
Wydawnictwo: Poligrafia Ad Rem
data wydania 29 maja 2018
liczba stron 92

piątek, 25 maja 2018

Gałąź Ducha Gór - niebajki dla dużych i małych

W Karkonoszach żyje jeż Jerzy i ryś Ryszard, którzy umilają sobie czas wymyślaniem śmiesznych historii o napotkanych rzeczach. Do bohaterów przyłącza się dzik Edzik. W sześciu rozdziałach książki, czytelnik śledzi losy zwierząt od dzieciństwa do dorosłości. W każdym rozdziale pojawia się zdarzenie, które czegoś bohaterów uczy, wystawia je na próbę, zmusza do działania. Opowieści Konrada Jaskólskiego rozwijają się na dwóch płaszczyznach - realnej, rzeczywistej i filozoficznej. Warstwa konkretów ucieszy dzieci, a zabawa skojarzeniami, ich rodziców. 

Opowieść pierwsza jest "O tym, jak jeż Jerzy zaprowadził rysia Ryszarda do Ducha Gór".

Dwaj przyjaciele, jeż Jerzy i ryś Ryszard wiodą ontologiczne dyskusje na temat bytu i niebytu. Na poziomie konkretów, jeż Jerzy, posiada bardzo bujną wyobraźnię i objaśnia rysiowi Ryszardowi, na swój sposób, świat. 
"Rozochocony zabawą Ryszard nie dawał za wygraną. Za wszelką cenę pragnął dodać od siebie jakąś ciekawostkę. Chwilę pomyślał i wpadł na genialny, jak mu się wydawało, pomysł. Zanurzył łapę w ściółce, a następnie rozłożył ją przed towarzyszem. 
– To jest nic – ogłosił wyniośle. 
Sprawa wydawała się bardzo prosta. Na łapie Ryszarda rzeczywiście nie było niczego. Zanurzył ją w ściółce dla zmyłki, żeby wyglądało, jakby coś z niej wyciągał. 
Jerzy był jednak sprytny i nie dał się łatwo wpuścić w maliny. 
– Mylisz się, Rysiu. To nie jest nic. 
– Jak to nie? To jest nic, które uciekło z niebytu! – serce Ryszarda zaczęło bić szybciej. 
– To są dwie bakterie – powaga Jerzego zbijała z tropu. 
– Bakterie? – Ryszard przybliżył łapę do oczu. – Gdzie?" [1]
Prowadzony przez autora za rękę czytelnik, odkrywa razem z rysiem Ryszardem, abstrakcyjną płaszczyznę opowiedzianej historii:
– Czyli niebyt jest, chociaż nie można go sobie wyobrazić, a wymyślania nie ma, mimo że czujemy je w każdej chwili! – Ryszard nie krył entuzjazmu z odkrycia.[2]
W kolejnych rozdziałach autor stawia bohaterów przed bardzo aktualnymi problemami bytowymi w tym najpowszechniejszym sensie. Dzięki metaforze, jaką jest przeniesienie współczesnych problemów do świata zwierząt, rodzic może z dzieckiem kontynuować rozmowę o tym, na ile ważne jest nasze własne dobro, a na ile dobro społeczności, w której się żyje, co to znaczy być przyjacielem, czy zmiany są dobre czy złe i na ile świat dorosłych różni się od świata dzieci. Bohaterowie podejmują wyprawę do miasta, co skutkuje mnóstwem ciekawych spostrzeżeń.
Być może podczas wędrówek po Karkonoszach, Karpaczu lub Jeleniej Górze spotkamy wróżkę (ważkę) Elenę, która zawodowo wprowadza dobry nastrój u wszystkich - od Zabobrza po Sobieszów, awanturnika bobra Bogumiła, popielicę dentystkę, kraba na rowerze zrobionym z guzików i drutu lub pracowitą Dziurę w Moście. Krab przybył aż z Portugalii, a kiedy ktoś jest w potrzebie, chętnie podrapie ugryzione przez komara plecy albo uszczypnie na życzenie kogoś, kto nie dowierza temu, co go spotkało.  Która część Jeleniej Góry sprawia najwięcej kłopotów i jak sprytny krab sobie z nimi poradził - nie zdradzę, ale przytoczę cytat o tym, co przywiodło kraba w Karkonosze.
"Ciach, ciach, ciach, trzasnęły szczypce kraba. 
– Spieszę się! – wyświszczał skorupiak, pedałując co sił wzdłuż ulicy Bankowej. 
– Zaczekaj! – tkliwie szepnęła Elena. 
Krab zatrzymał się i, dysząc ze zmęczenia, zsiadł z roweru. 
Ciach, ciach, ciach. Zanim przemówił, kilka razy zatrzaskał swoimi szczypcami.
(...)    
– Przeczytałeś ogłoszenie i postanowiłeś tu przybyć? – Elenie trudno było uwierzyć w zapał małego kraba do tak dalekiej wędrówki. 
Ciach, ciach. 
– Tak, bo ja jestem krab lewostronny. Mogę chodzić tylko w lewo. Na ogłoszeniu była mapka z zaznaczoną drogą w Karkonosze. Przez większość trasy skręcało się w lewo i dlatego się zdecydowałem."[3]
W każdej z opowieści przewija się motyw istnienia i nieistnienia, bytu i niebytu, pustego i pełnego. Filozofia okazuje się łatwa, zrozumiała i pomocna w pojmowaniu tak, wydawałoby się, trudnych istnień jak choćby Duch Gór, a Karkonosze wraz z Jelenią Górą stanowią piękne miejsce do snucia różnych historii.
A czego dowiadujemy się o Duchu Gór?
"Każdy ma takiego Ducha Gór, jakiego w sobie wychowa."[4]
Serdecznie polecam małym i dużym, wesołym i smutnym, latem oraz zimą.

-----------------
[1] "Gałąź Ducha Gór", Jaskólski Konrad, Ad Rem Jelenia Góra 2018, s. 19
[2] tamże, s. 23
[3] tamże, s. 114-115
[4] tamże, s. 26

niedziela, 13 maja 2018

Taniec na Uranie


Z materiałów prasowych wydawnictwa:
"To już drugi z serii przewodników emocjonalnych Wydawnictwa Ad Rem. Tym razem w osobistej, pełnej oryginalnych skojarzeń opowieści Czytelnik zabrany zostaje do podziemnego świata Kowar, odbywa podróż w czasie do miasta, w którym jeszcze nie tak dawno wydobywano uran. 
Autor Jarosław Szczyżowski, przewodnik sudecki, założyciel i aktor Teatru Korkontoi ukazuje Kowary jak miasto oglądane w negatywie. Jakby rzeczywistość nie przyznawała się tutaj do samej siebie, odwracała na lewą stronę, udawała. Ale co? I dlaczego? 
Z każdym krokiem, który stawiamy z tym przewodnikiem w ręku, atmosfera gęstnieje, wszak dowiadujemy się o sprawach objętych niegdyś ścisłą tajemnicą państwową. Jej złamanie groziło nawet śmiercią, a same kopalnie nosiły zakamuflowaną nazwę Zakłady Przemysłowe R-1.
Osobliwy klimat przewodnika podkreślają znakomite rysunki Łukasza Michewicza, leśnika z wykształcenia, ilustratora z zamiłowania, który ołówkiem tka nić prowadzącą Czytelnika przez kolejne mroczne „sztolnie” historii kowarskiego uranu. 
Książeczka, podobnie jak pierwszy przewodnik emocjonalny Wydawnictwa Ad Rem Miedzianka. Miasto, którego nie ma, ma niewielki format, przez co jest podczas wędrówki bardzo poręczna. Szarawe strony, na których możemy odnaleźć fragmenty wspomnień dawnych pracowników kowarskich kopalni świetnie komponują się z trochę mroczną treścią przewodnika. Pod względem treści, jej układu i sposobu wydania to kolejny majstersztyk redaktorski Ad Rem-u.
Czym jest tytułowy Taniec na uranie? Droga z Kowar do Kopalni „Podgórze” nie jest tylko drogą w przestrzeni, ale i drogą w czasie, i wyobraźni. Drogą przez szepty, jęki, płacz i śmiech ludzi, którzy… tańczyli swój danse macabre."

rys. Łukasz Michewicz

rys. Łukasz Michewicz

Taniec na Uranie
Jarosław Szczyżowski, Łukasz Michewicz
Seria: Przewodnik Emocjonalny
Wydawnictwo: Ad Rem
data wydania2018 (data przybliżona)
ISBN 9788365895356
liczba stron 71






Łukasz Michewicz
"Wierzę w ludzi. Bacznie przyglądam się przyrodzie, żeby wszystko zrozumieć lepiej. Wiem, że życie to etap w podróży, a ciekawość to pierwszy stopień do wolności. W tej życiowej podróży czasem rysuję, a rysowanie jest dla mnie jak podążanie ręki za myślą, która nie zna granic. Bo nie wierzę w granice. Prawdziwą naturę rzeczy dostrzegam na poziomie ducha. Staram się robić to, co do mnie należy, jak najlepiej." [z okładki]







niedziela, 14 stycznia 2018

Śmierć dziekana - Zofia Tarajło-Lipowska

„ty mnie nie wydasz, a ja cię nie wydam”[1]

Niedawno w telewizji triumfy święcił serial „Belfer”, w którym akcja dzieje się w szkole średniej, a zbrodnia obnażyła niezdrowe relacje pomiędzy uczniami oraz nauczycielami. W książce „Śmierć dziekana” prof. dr hab. Zofii Tarajło-Lipowskiej, pracownika naukowo-dydaktycznego Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, czytelnik zostaje wprowadzony w świat, wydawałoby się elity intelektualnej kraju. Niestety, śmierć prof. Mirosława Korbielucha, dziekana Instytutu Studiów Starożytnych Uniwersytetu Kuropaskiego w Pasikurowicach pokazuje, że i w tym środowisku górę biorą silne emocje oraz nie zawsze czyste intencje.

Komisarz Jacek Cichosz, sam będąc absolwentem Uniwersytetu, zostaje skierowany do przeprowadzenia dochodzenia. Musi wyjaśnić, czy śmierć, jaką dziekan poniósł na miejscu, wypadając przez balustradę schodów była samobójstwem, nieszczęśliwym wypadkiem czy…morderstwem.

Konstrukcja  tego kryminału sięga do klasyki powieści detektywistycznej. Mamy tu coś w rodzaju zagadki zamkniętego pokoju, detektywa, który rozmawia po kolei ze wszystkimi osobami, które w chwili śmierci dziekana znajdowały się w Instytucie, starając się ustalić okoliczności wypadku oraz satysfakcjonujące zakończenie. Osobami podejrzanymi są wyłącznie pracownicy naukowi, a treść książki wypełniają przesłuchania i wnioski, jakie komisarz wyciąga dla siebie. Czytelnik może, na równi z nim, rozsupływać nici intrygi. A jest co robić, bo komisarz wprost grzęźnie w sieci opowiadanych mu kłamstw, fałszywych oskarżeń, oszczerstw, a także manipulacji, jakimi raczą go przesłuchiwani pracownicy Instytutu. Pojawia się nawet tajemniczy konfident, który śle anonimy na adres mailowy komisarza.

Oprócz intrygi kryminalnej, książka obnaża wątłą kondycję moralną i intelektualną polskich naukowców z prowincjonalnych uczelni. Panują w nich wręcz feudalne zależności, a co za tym idzie, starania pracowników, żeby się przypodobać zwierzchnikowi, wkraść w łaski, przypochlebić, niekoniecznie wykazując się konkretną pracą naukową czy … intelektem. Szczególnie niska pozycja w tym hierarchicznym światku przypada kobietom.
Książka jest satyrą na polskie środowisko akademickie, a umieszczenie fabuły w wymyślonym mieście i na wymyślonej uczelni ma na celu pokazanie problemu, nie zaś piętnowaniu jednego, konkretnego ośrodka akademickiego.

Przez powieść przewija się motyw studni, tak w podtytule książki „W studni złych emocji”, jak w wybranej przez autorkę na motto przyśpiewce z Podlasia (przyśpiewka jest „znana również na Kuropasiu”[2])
„Dudni woda, dudni
w cembrowanej studni”[3]
Do studni nawiązują także tytuły rozdziałów oraz budowa klatki schodowej, z której spadł dziekan. Jest to również metafora panujących na uczelni stosunków.

Zofia Tarajło-Lipowska posiada łatwość pisania i tworzenia dialogów. Książka, pomimo przygnębiającego obrazu polskiej elity akademickiej, nasycona jest poczuciem humoru, bliskiemu naszym południowym sąsiadom. Zamiast scen mrożących w żyłach krew, raczej natkniemy się na groteskę. Ale nie dajmy się zwieść pozorom, prawda o środowisku akademickim jest gorzka i, niestety, stanowi rzeczywistą „zbrodnię”, z jaką mamy do czynienia.

Zastanawiam się, czy w innych, zhierarchizowanych instytucjach nie dzieje się aby podobnie,  jak na Uniwersytecie Kuropaskim w Pasikurowicach.

prof. dr hab. Zofia Tarajło-Lipowska
[1] Śmierć dziekana. W studni złych emocji”, Tarajło-Lipowska Zofia, Wyd. Lech i Czech, Katowice 2014, s. 5
[2] tamże
[3] tamże

Śmierć dziekana
Zofia Tarajło-Lipowska
Wydawnictwo: Lech i Czech
data wydaniagrudzień 2014 (data przybliżona)
ISBN 9788393926909
liczba stron 268

czwartek, 11 stycznia 2018

Jak to wtedy było? - GRA PLANSZOWA dla babci, dziadka i całej rodziny

Wspólnie spędzony czas jest jednym z najcenniejszych podarunków, jakim możemy obdarzyć bliskich. Gra planszowa "Jak to wtedy było?" doskonale nadaje się do tego, aby skupić wszystkie pokolenia, sprawić, aby każdy poczuł się ważny i oddać świetnej zabawie. 

„Jak to wtedy było?” to planszówka, w której babcia, dziadek, matka, ojciec, ale także dzieci i znajomi w przyjaznej atmosferze odkrywają i dzielą się rodzinnymi wspomnieniami. Zawiera karty z fotografiami retro, które w zabawny sposób, na zasadzie skojarzeń zachęcają do opowieści. 

Gra podzielona jest na dwa etapy. Podczas pierwszego etapu, uczestnicy opowiadają historie zainspirowane wylosowanymi kartami. Pozostali uczestnicy uważnie słuchają, zadają dodatkowe pytania. Każdy jest ważny, każdy ma do opowiedzenia swoją historię. Młodsze pokolenia mają możliwość poznać dzieciństwo lub młodość rodziców czy dziadków, a oni wydarzenia z życia dziecka lub wnuka. 

Na drugim etapie sprawdzamy, ile zapamiętaliśmy z opowieści, a także ćwiczymy swoją pamięć! Uczestnicy mają za zadanie odpowiedzieć na pytania, które znajdują się na innych, specjalnie przygotowanych do tego etapu gry, kartach. Pytania natomiast, są powiązane z wysłuchanymi historiami pozostałych uczestników zabawy. Każda poprawna odpowiedź to punkty, dzięki którym poruszamy się do przodu po planszy. 
Ten, kto najlepiej wszystko zapamięta i pierwszy dotrze do mety - wygrywa!
Znalazłam dla Was film opisujący tę grę:

Tak, macie rację - ta gra to wynalazek naszych południowych sąsiadów, Czechów. 
I drugi filmik, na którym widać karty i planszę:

Więcej informacji na stronie: https://moidziadkowie.pl/pl/
LICZBA GRACZY: 2 -12 graczy

WIEK: od 6 do 120 lat

CZAS GRY: 45-90 minut

Gra zawiera dużą planszę, karty z retro zdjęciami, karty z pytaniami i 12 drewnianych pionków.

Gra planszowa jest idealnym uzupełnieniem albumów do samodzielnego wypełniania pt. “Opowiedz mi babciu”, “Opowiedz mi dziadku”. Te wyjątkowe pamiętniki służą do zapisywania wspomnień babć i dziadków, przekazywania tradycji rodzinnych i łączenia pokoleń. 


Polecam! Spędziliśmy z rodziną bardzo przyjemne chwile na wspólnej zabawie!



poniedziałek, 1 stycznia 2018

Post noworoczny

Po pierwsze
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! 
Niech się Wam spełnią wszystkie marzenia! :)

Po drugie

Podsumowanie wyzwania na 2017 rok pt. 
Czytamy książki w oryginale.


W tym bardzo wymagającym wyzwaniu wzięły udział dwie, niesamowite blogerki i ukończyły go idąc "łeb w łeb", we wspaniałym stylu. Nie pozostaje mi nic innego, jak postawić Aine oraz Izabelę Łęcką-Wokulską na podium, obdarować dwoma złotymi medalami i otworzyć dwie butelki szampan. Tadam!



III KWARTAŁ
3. Jojo Moyes 'Me before you"

IV KWARTAŁ

Lucy Maud Montgomery 'Anne of Green Gables' - Ania w wersji angielskiej, Ania po raz enty, zawsze dobra na deprechę....


Gratuluję!

Pełen spis przeczytanych oraz wysłuchanych przeze mnie książek jest tutaj: