niedziela, 1 stycznia 2017

Rzepiór intercontinental czyli "Anatomia nadczłowieka" - Konrad Jaskólski


Rzepiór intercontinental

Dwóch kolegów ze szkolnej ławy spotyka się po latach w Londynie. Edek, który opowiada nam tę historię, został właśnie wylany z roboty i zamierza powrócić z emigracji. Na Rudolfa, kumpla z dzieciństwa, natyka się przypadkiem, ale skoro los tak chciał, że się spotkali, to przecież trzeba to uczcić.
Przyjaciele bardzo się różnią jeden od drugiego, ich natury są tak odmienne jak dzień i noc, jak pan i niewolnik, ale ponoć to właśnie przeciwieństwa przyciągają się najsilniej.
Już Edek ma wszystko zaplanowane, bilet do domu w kieszeni, wpadł do Londynu na chwilę, żeby zabrać swoje rzeczy, zadzwonił nawet do Bożeny i podał godzinę powrotu, gdy spotkanie z Rudolfem, po raz nie wiedzieć który, wyrywa go z poukładanego świata. Zaczęło się święto, bachanalia, alkohol leje się strumieniami, a Rudolf snuje po dziewięć opowieści jedna za drugą, aż Edek nie jest w stanie ich spamiętać. Plączą się Edkowi te historie, opowiedziane przez Rudolfa, ze wspomnieniami wspólnego dzieciństwa z Sosnówki, gdzie mieszkał, z Karpacza, gdzie chodzili do szkoły, z Karkonoszy, gdzie urywali się na wagary, z Jeleniej Góry. Edek marudzi o godzinie odlotu, ale Rudolf oznajmia: „Nie ma żadnych powrotów! Zapomniałem ci wspomnieć, kiedy przywiozłem cię tutaj, że z emigracji się nie wraca.

-         W porządku. Zadzwonię do ciebie z Sosnówki – odgrażam się.

-         Nic nie rozumiesz. Emigracja to nie witamina ani tłuszcz. Nie rozkłada się w organizmie. Do domu nie wrócisz już nigdy. Co najwyżej możesz sprawić, żeby dom wracał do ciebie. Do tego nie jest ci wcale potrzebna Sosnówka. (…) Rzeczy należy porzucać, a nie do nich wracać.”[1]
Nie sposób uwolnić się od Rudolfa, fascynuje i zawłaszcza, upija Edka bourbonem do nieprzytomności, a sam? „Rudolf stoi i popala papierosa. Nie widać po nim, żeby się upijał. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek widziałem go pijanego, zawsze trzeźwy jak skała, jakby nie powstał z prochu tylko został wykuty w ametyście, karkonoskim kamieniu szlachetnym, którego nazwa z greckiego oznacza „trzeźwy”, „niepijany”.”[2]
Rudolf już w młodości rzucił się w nurt filozofii, by odnaleźć odpowiedź na pytania, które rodziły się w jego głowie. Zafascynowany był ideą nadczłowieka Nietzschego, czytał także Eckharta, Bataille’a, cytował Ciorana. Zagubiony Edek słuchał wywodów przyjaciela, by podsumować: „Nic nie kumam”[3], artykułując, przy okazji, myśli niejednego czytelnika. Ale Rudolf w odpowiedzi zdjął z półki „Księgę Ducha Gór”, by hauptmannowskim dziełem wyjaśnić przyjacielowi fenomen Rzepióra, a potem powrócić do cytatów Nietzchego „Człowiek jest jak ciemna chmura, z której w każdej chwili może wyjść błyskawica. Teraz kumasz?”[4]
Edek nadal „nie kumał”. Opowiada: „Od czasu do czasu wpadam do Karpacza odwiedzić rodziców. Przy okazji którejś wizyty spotykam Rudolfa. Nic się nie zmienił. Wciąż nie traci czasu. W żaden sposób życie nie może dać sobie z nim rady. Bierze je za grzywę i tarmosi do bólu, a ono wyje i błaga o łaskę.”[5]
Ten stan ducha Edka trwa tylko do pewnego czasu, by w określonych okolicznościach ulec zmianie.

Przyznam, że obawiałam się książki przesiąkniętej filozofią nietzscheańską, bo co ja wiem na ten temat? Na szczęście autor łaskawie to przewidział i ustami Rudolfa, w cytatach, wyłożył Edkowi, i mnie przy okazji, clou sprawy. Filozofia okazała się rodzajem szkieł, przez które patrzymy na życie. Jaskólski zaproponował nam nietzscheański model okularów. Zdaje się mówić: załóż je i wybierz się z bohaterami w świat, z apollińskim Edkiem, uporządkowanym, marzącym o żonie i dzieciach, znoszącym bez skargi szarą rzeczywistość i z dionizyjskim Rudolfem, dzikim, nieokiełznanym, wpadającym w ekstazę. Załóż czytelniku te niezwykłe okulary i poznaj filozofię Nietzschego w akcji, sam siedząc wygodnie i bezpiecznie w fotelu. Przyglądaj się, jak bohater z mozołem usiłuje przezwyciężyć samego siebie, by stać się nietzscheańskim nadczłowiekiem. Czy mu się uda? Czy to jest w ogóle możliwe?

Seria "Z Biblioteki Ducha Gór"
Edek i Rudolf przemierzają świat: Hongkong, Paryż, Auckland w Nowej Zelandii, Ameryka południowa, Warszawa. Spotkać ich można wszędzie. Ale punktem zwrotnym w życiu ich obu było pojawienie się na ich drodze Rzepióra, karkonoskiego Ducha Gór, Rübezahla, mitycznej postaci, która ich odmieniła. I nie ma znaczenia, czy bohaterowie wędrują akurat po rubieżach cywilizacji, czy są w jej tętniącym centrum, tak daleko od Karkonoszy, jak tylko jest to możliwe czy na karkonoskim szlaku. Mistyczne zdarzenie z lat chłopięcych zostawiło niezatarty ślad, a nietzscheańskie okulary stały się częścią ich oczu. Natomiast Rzepiór… Do tego kim jest, a kim nie jest, musicie dojść sami.

Jak czyta się książkę przesyconą filozofią Nietzschego? Doskonale! Powieść skrzy się humorem, niebanalnymi porównaniami, wartką akcją: „Usiłuję dodzwonić się do Bożeny, żeby jeszcze raz ją usłyszeć i upewnić się przy okazji, po co się urodziłem i co mam dalej robić, zanim będzie za późno.”[6]
Albo ten kawałek: „Zaglądam do księgarni i kiosku z lokalną prasą, ale wszędzie same kretyńskie ciekawostki dla fanów sportów ekstremalnych, których stolicą jest Nowa Zelandia. Tak już jest. Jedni nie mają dokąd pójść, co ze sobą zrobić i do kogo się odezwać, a drudzy skaczą sobie z mostu dla zabawy albo zbiegają na łeb na szyję ze skarpy. I pomyśleć, że jesteśmy z jednej gliny.

Wściekły, kupuję wielki jak piłka plażowa globus. Za moment wracam z reklamacją.

        Daj pan inny globus. Ten jest zepsuty.

        Jak to zepsuty? – dziwi się sprzedawca. Bierze w ręce i sprawdza zawiasy, podstawkę, pokręca kulą.

        Wszystko jest w porządku, nie widzę żadnych uszkodzeń.

        Brakuje Nowej Zelandii – przecieram ręką twarz.

Zdumiony sprzedawca obraca globusem w poszukiwaniu kraju. Ma zmarszczone czoło i rozwarte oczy. Nachyla się w moją stronę.

-         Wcale nie brakuje. Tutaj jest. O, widzi pan? – dumnie oświadcza, przystawiając globus do mojej twarzy.

-         Tutaj?

-         Pewnie, że tutaj, a gdzie ma być? Co pan?

-         Dawaj pan inny globus – upieram się przy swoim.

Sprzedawca sapie z dezaprobatą i przynosi dwa inne.

Dokładnie przyglądam się każdemu egzemplarzowi z osobna, ale bez rezultatów. Nowa Zelandia wszędzie jest w tym samym miejscu.

-         Nieźle żeś mnie pan urządził – mówię do sprzedawcy.

-         Ja pana urządziłem?”[7]
Albo jeszcze tutaj…. Nie, co ja Wam będę książkę przepisywała. Sami sobie ją przeczytajcie, najlepiej w całości.

Konrad Jaskólski (ur. w Łodzi) – polski powieściopisarz. Jego debiutancka powieść, Kalendarz Easy Ridera, została opublikowana w Rzeszowie w 2011 r. przez wydawnictwo Fox Publishing. Powieść ukazuje doświadczenia polskiego imigranta pracującego jako kierowca autobusu w Wielkiej Brytanii, fot. Kamila Dondziak

Niekiedy powiada się o takich książkach, że czytają się same. „Anatomia nadczłowieka” zdecydowanie „czyta się sama”. O czym opowiada? O życiu, o dojrzewaniu, o byciu sobą, o mocowaniu się ze światem, o wyborach i ich konsekwencjach. Niby to, co zwykle opisuje się w książkach, ale JAK opowiada!
„Sztuka życia własnym życiem odchodzi w zapomnienie, by nie powiedzieć – wymarła. Potrzeba bycia czymś więcej opanowała świat w każdej dziedzinie. Żeby dotrzeć do człowieka, trzeba się dzisiaj nieźle napocić. (…) Nie wystarczy mieć imię, nazwisko, pracę, wykształcenie i rodzinę, żeby być sobą. Trzeba bywać w Paryżu, mieć aparat fotograficzny z tysiącem funkcji, które służą kompletnie do niczego, wyrobione zdanie na każdy temat, władzę absolutną, a przynajmniej taką, która upoważnia do wykopania na zbity pysk podwładnego i miliona innych, równie absurdalnych rzeczy. Zupełnie, jakby ludzkość stała u progu wynalezienia czegoś lepszego niż wolność.”[8]

Finał jest brawurowy i pełen fajerwerków. Cóż! Po takiej ilości wypitego bourbona, jaką zaserwował swoim bohaterom autor, trzeba przyznać, że i tak wyrażali się składnie oraz poradzili sobie nieźle z zasadzkami, jakie im postawił na drodze. Ostatnie fragmenty układanki wskakują na swoje miejsce, a czytelnik ma o czym myśleć przez następnych ileś godzin. Przydałby się ciąg dalszy, jakaś druga część, cokolwiek, ale … nie ma.

Polecam gorąco „Anatomię nadczłowieka”, a sama wracam do początku, żeby jeszcze raz przeżyć przygody bohaterów oraz spotkać na karkonoskim szlaku Rzepióra według wersji Konrada Jaskólskiego!

-------
[1] „Anatomia nadczłowieka. Przewodnik dla początkujących”, Jaskólski Konrad, seria „Z Biblioteki Ducha Gór”, Ad Rem 2016, s. 33
[2] tamże, s. 54
[3] tamże, s. 67
[4] tamże
[5] tamże, s. 89-90
[6] tamże, s. 51
[7] tan ze, s. 120-121
[8] tamże, s. 18-19

Anatomia Nadczłowieka. Przewodnik dla początkujących
Konrad Jaskólski
Seria: Z Biblioteki Ducha Gór
Wydawnictwo: Ad Rem
data wydania16 grudnia 2016


ISBN 9788365295613


liczba stron 378

W serwisie Goodreads: TUTAJ
Lubimy Czytać: TUTAJ
BiblioNETka: TUTAJ


2 komentarze:

  1. O Marysiu..., jaka piękna recenzja.
    Trudno sobie wyobrazić lepszy początek roku:)
    Magdo, jestes kolejną osobą, której udało się przedrzeć przez chaos narracji do ukrytych warstw książki.
    Nasuwa się pewien wniosek o charakterze zagadnienia: Recenzja to skarb, bez którego twórczość byłaby uboższa:)
    Niech mi będzie wolno nalać sobie lampkę bourbonu, by z należytym ukłonem wyrazić noworoczne życzenie:
    Każdemu autorowi życzę takich czytelników i takich recenzentów, jak Ty, Magdo!
    Dziękuję.
    Konrad Jaskólski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi Autorze, najwyraźniej chaszcze, przez które trzeba się przedzierać nie są nazbyt gęste, skoro ja, prosty czytelnik, jak twierdzisz poradziłam sobie z nimi :) Chętnie bym napisała więcej, ale dobre obyczaje zabraniają pisania przydługich recenzji, spojlerowania i tym podobnych występków.
      Twój komentarz to dla mnie także piękny początek roku, miło, gdy opinia zyskuje pochwałę.
      Wędruj dalej po świecie w poszukiwaniu niezwykłych słów, których użyjesz do snucia kolejnych, barwnych opowieści!
      Pozdrawiam!

      Usuń