sobota, 25 listopada 2017

Żółwie aż do końca - John Green

Bohaterowie książki „Żółwie aż do końca” to nastolatki, które mieszkają w Indianapolis, w USA. Łączy ich fakt, że chodzą do jednej szkoły czy jeżdżą razem na letnie obozy. Różni – status społeczny i ekonomiczny oraz…wewnętrzny świat, w którym żyją. Aza Holmes, która opowiada nam tę historię cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne (OCD), zwane bardziej przystępnie nerwicą natręctw. To z tego powodu powieść uznano za najbardziej osobistą w dorobku pisarza. Tak, John Green, także cierpiał na to schorzenie. Aza, skupiona na swojej fobii, z trudem zauważa innych wokół siebie. W jej głowie stale panoszą się różne myśli i nie dają spokoju, dopóki nie wypełni ich nakazów: 
„Od dzieciństwa mam zwyczaj wbijania paznokcia prawego kciuka w opuszek środkowego palca, co zaowocowało osobliwym zgrubieniem. Po wielu latach takich praktyk skóra w tym miejscu łatwo pęka, więc przyklejam plaster, żeby zapobiec infekcjom. Czasem jednak dopada mnie lęk, że infekcja już się rozwija, więc muszę ją usunąć – a jedyny sposób to otwarcie rany i przyciskanie jej, by upuścić trochę krwi. Kiedy już zaczynam myśleć o upuszczeniu krwi, po prostu nie mogę tego nie zrobić.” [1]
Daisy Ramirez jest przyjaciółką Azy od dzieciństwa, chodzą do jednej szkoły. Zna Azę doskonale i, jako jedna z niewielu osób, rozumie jej problemy, akceptuje ją pomimo nich:
 „– Jak bardzo powinnam się martwić tym, że nie wypowiedziałaś przez cały dzień więcej niż dwóch słów z rzędu? – zapytał głos za mną.
– Spirala myślowa – wymamrotałam w odpowiedzi. Daisy znała mnie od szóstego roku życia. Nie musiałam jej nic tłumaczyć.
– Tak myślałam. Kurczę. Spotkajmy się po lekcjach.”[2]
Daisy jest bardzo ambitna, ma cel w życiu i dlatego po szkole dużo pracuje, żeby odłożyć pieniądze na studia. Ma także motto życiowe: „Łam serca, nie obietnice”[3] 
Czy Aza wie o Daisy tyle, ile Daisy o niej? Czy w ich przyjaźni istnieje symetria?


Trzecim, ważnym bohaterem powieści jest Davis Pickett, jeden z synów miliardera. Aza jest znajomą Davisa. Jak to możliwe? Otóż łączy ich pewna, wspólna tragedia, i to z jej powodu znaleźli się kiedyś razem na letnim obozie. A teraz ojciec Davisa znikł w niewyjaśnionych okolicznościach. Chłopak został wraz z małym bratem sam, w ogromnej rezydencji. Dopóki miliarder się nie odnajdzie, będzie uważany za żywego przez siedem lat, prawnicy nie rozpoczną wykonywania testamentu, a najbliżsi będą żyć w zawieszeniu pomiędzy żałobą, a nadzieją. A może nie ma po kim odczuwać żałoby, za to korzystać z istniejącej sytuacji materialnej?

Każda tych młodych osób ma własne problemy, plany i oczekiwania. Daisy namawia Azę, żeby poszukać informacji o miejscu przebywania zaginionego, ponieważ za nią można otrzymać nagrodę. Czy Davis domyśli się powodu, dla którego Aza odnowiła znajomość z nim? A jeśli tak, to co z tym zrobi? 
Tymczasem Aza zastanawia się nad własnym wpływem na swoje życie: 
„Zaczynam jednak rozumieć, że życie to nie tyle twoja opowieść, co opowieść o tobie. Oczywiście łudzisz się, że jesteś jej autorem.”[4]
Czy Daisy i Davis sami decydują o swoim losie i o tym, jak wygląda ich życie? A może to szkoła, przepisy, prawnicy i wiele innych okoliczności decyduje nawet o tym, o której godzinie zjedzą lunch, a wolna wola jest fikcją?

W książce jest miejsce na miłość, na mądre rozmowy, ale i na kłótnie, które są pieprzem naszego życia. Bohaterzy telefonują do siebie, piszą esemesy, surfują po internecie, tworzą blogi oraz fanfiki. Wszyscy troje, na swój własny sposób, stają przed wyborem – przyjaźń, czy pieniądze.
Aza powiedziała: „Tak naprawdę nikt nikogo nie rozumie. Wszyscy jesteśmy uwięzieni wewnątrz siebie. (…) Nie ma żadnej mnie, której mogłabym nienawidzić. Po prostu, kiedy zaglądam w głąb, nie widzę konkretnej osoby, tylko kłębowisko myśli, zachowań, okoliczności. I wielu z nich wcale nie odczuwam jako swoich. To nie jest coś, czego zawsze ja pragnę, co ja myślę czy robię. A kiedy szukam Prawdziwej Mnie, nigdy jej nie odnajduję.”[5] 
I wtedy Daisy przytoczyła historię z żółwiami, która nadała tytuł książce. Historię, która pokazuje, że każdy człowiek to odrębny kosmos. 


John Green napisał piękną książkę dla młodzieży, o poszukiwaniu siebie oraz człowieczeństwa w sobie. Warto przeczytać!

[1] Green John, „Żółwie aż do końca”, przeł. Iwona Michałowska-Gabrych, wyd. Bukowy Las, 2017, s. 13
[2] tamże, s. 15
[3] tamże, s. 14
[4] tamże, s. 9
[5] tamże, s. 255

poniedziałek, 6 listopada 2017

Cyrograf - Jerzy Woźniak


Z kolejną powieścią Jerzego Woźniaka powracamy do powiatu szczycieńskiego w czasie II Wojny Światowej. Jest sierpień 1942 roku. To czas rozkwitu Hitlerjugend, czas kartek na masło oraz nasilonej propagandy sukcesu. Wojska niemieckie oblegają Stalingrad, a członkowie NSDAP bogacą się na potęgę, urządzają polowania i wydają sute uczty, o których wiedzą tylko zaproszeni goście. Nazistowskie Niemcy święcą triumfy. Jak powiedział jeden z bohaterów powieści, Gauleiter Erich Koch „narodowy socjalizm zaistniał u nas w Prusach nie dlatego, że był atrakcyjną ideologią. Zaistniał, bo był fenomenem cywilizacyjnym, który pozwolił narodowi powstać z kolan!”[1]

Głównym bohaterem powieści jest Jörg Langhannig, oficer policji wodnej w Ortelsburgu, czyli w Szczytnie. Na kartkach książki pojawiają się także bohaterowie znani z powieści „Mazur” oraz miejscowa ludność – Mazurzy, osobny lud nie-Polaków i nie-Niemców, jak o sobie mówią.

Jörg Langhannig jest jednym z wielu Niemców, którzy nie zgadzają się z oficjalną polityką władz, ale dla wygody i bezpieczeństwa swojego oraz rodziny „Wszczepił sobie w żyły myśl, że legalnie wybrana władza musi wiedzieć, co robi.  Jest wszak wybrana przez zdecydowaną większość Niemców.”[2] Co więcej „Kategorycznie zakazał w domu używać języka mazurskiego wyniesionego z rodzinnego domu. (…) Propozycja przydziału dużego i wygodnego mieszkania z partyjnej puli na Jägerstraße dała mu pewność, że musi raz na zawsze wsadzić swoje przekonania głęboko do kieszeni. Stał się jednym z nich, dokonał moralnego gwałtu na własnej duszy, wbił sobie gdzieś głęboko zadrę, ale trwał…”[3].

Wydarzenia jednak wystawiają Jörga na próbę. Okazuje się, że ktoś dokonał makabrycznej zbrodni i wrzucił do rzeki zdekapitowane zwłoki. Jednocześnie Jörg dokonuje dziwnego odkrycia w miejscowym muzeum. Odżywają wątpliwości, które stłumił.
Czy uda mu się rozwiązać zagadkę? I dokąd ona go zaprowadzi? Czy Jörg podpisał cyrograf, a jeśli tak, to z czym się wiązał?

Sensacyjna intryga rozgrywa się na tle dużych i małych wydarzeń, które zapisano w archiwach, dokumentach i kronikach Szczytna, czyniąc z niej  bardzo prawdopodobną wersję wydarzeń. Jest pretekstem, by pokazać czytelnikowi mechanizmy, które napędzają koło historii. Historii, która niestety lubi się powtarzać. Chociaż nie musiało to być zamysłem autora, widzę wiele podobieństw do obecnej sytuacji w Polsce. Kiedy czytam, że Mazurzy to gorszy sort ludzi, a narodowy socjalizm to lepsza zmiana, skóra mi cierpnie na plecach.

Na okładce widzimy koguta, któremu głowę ucina niemiecki miecz. To Kłobuk, popularny na Mazurach  demon, który pojawia się w książce w przełomowych chwilach. Co symbolizuje i jaką odgrywa rolę? Odpowiedź znajduje się w książce.

„Cyrograf” to zgrabnie spleciona intryga opowiedziana na tle historii Mazur. A historia jest obszarem, w którym Jerzy Woźniak czuje się doskonale, dzięki czemu z łatwością maluje barwne i autentyczne tło dla opowiedzianej przez siebie historii.
Bardzo polecam!

[1] „Cyrograf”, Woźniak Jerzy, Agencja Wydawnicza i Reklamowa Akces 2017, s. 52
[2] tamże, s.132
[3] tamże, s. 133

Moja recenzja poprzedniej książki Mazur - Jerzy Woźniak



Jerzy Woźniak [Tygodnik Szczytno 2017-09-07]


Cyrograf
Jerzy Woźniak (ur. 1969)                                                             

Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza i Reklamowa Akces
data wydania 28 sierpnia 2017
ISBN 9788362761869
liczba stron 301




Linki:

Wywiad z Jerzym Woźniakiem w Tygodniku Szczytno TUTAJ
Artykuł "Tu, gdzie są Mazury był świat, który zapadł się pod ziemię" w Gazecie Wyborczej Olsztyn TUTAJ
Artykuł "Paktując z diabłem" w Kurku Mazurskim TUTAJ


środa, 25 października 2017

Laboranci u Ducha Gór

Zioła towarzyszyły człowiekowi od zarania dziejów.  Nie ma narodu, który nie miałby własnych tradycji zielarskich, własnej, ludowej medycyny. A jednak, w Karkonoszach doby renesansu zielarstwo stało się intratnym zawodem i wspięło na wyżyny ówczesnej nauki.
"Chociaż zielarska profesja znana była od dawna, określenie „laborant” zostało użyte po raz pierwszy na inskrypcjach barokowych nagrobków znajdujących się na północno-zachodniej ścianie kościoła parafialnego pod wezwaniem św. Jadwigi w Miłkowie, a pochodzących z samego końca XVII w." [1]
Przemysław Wiater od lat podąża tropem laborantów, wyszukując w starych księgach wzmianek o ludziach zajmujących się zielarstwem, dawnych receptur, notatek w pamiętnikach podróżników odwiedzających Dolny Śląsk (między innymi Izabeli Czartoryskiej), tłumaczy znalezione teksty z języka niemieckiego i popularyzuje w lokalnych wydawnictwach. Karkonoscy laboranci znani byli w całych Prusach, a ich leki docierały na dwory Europy oraz Rosji. Na kartkach książki zobaczymy sprzęt jakim się posługiwali laboranci, stare dokumenty oraz istniejące do dzisiaj domy dawnych laborantów. Dzięki dr Wiaterowi możemy poznać fenomen dolnośląskiego zielarstwa, a wszystko ukazane jest na tle historii zielarstwa w ogóle, związków laborantów z tajemniczym Duchem Gór zamieszkującym Karkonosze, legend i malarstwa. 

Duch Gór, rzeźba nad wejściem do Urzędu Pocztowego
w Jeleniej Górze (ul. Pocztowa), ok. 1930
Pięknie wydaną książkę zdobią ilustracje oraz pobudzające wyobraźnię, związane z zielarską profesją, karkonoskie legendy. Znajdziemy tam historię rozkwitu oraz upadku cechu laborantów, stare przepisy na ziołowe leki, tajemnicze teorie i .... opisy szarlatanerii, jaką była na przykład maść na latanie.
Duch Gór, przedstawiany jako laborant, z długą, siwą brodą i kosturem, przemierzający groźne i niedostępne góry może i dzisiaj rozpalić wyobraźnię turystów, a także mieszkańców. 

Gorąco zachęcam do lektury książki "Laboranci u Ducha Gór" Przemysława Wiatera, do odkrywania tajemnic krainy Ducha Gór oraz poznawania dziedzictwa Dolnego Śląska, jakim jest dawne ziołolecznictwo.

[1] "Laboranci u Ducha Gór", Wiater Przemysław, Ad Rem 2017r., s. 10

niedziela, 22 października 2017

Królowa jest tylko jedna - "Królowa Zbrodni" A. Wilson

Swego czasu głośna była sprawa morderstwa, które popełniono we Wrocławiu w 2000 roku. Dopiero powieść „Amok”, wydana trzy lata później, rzuciła światło na okoliczności zbrodni i pozwoliła ująć mordercę, jej autora.
Powieści detektywistyczne Agathy Christie są tak doskonałe, że zapewne wielu czytelników zadawało sobie pytanie, na ile autorka posługiwała się wyobraźnią, a na ile z autopsji znała ciemną stronę ludzkiej natury. Podobne przemyślenia towarzyszyć nam mogą podczas lektury innych poruszających książek, w których pisarz wyjątkowo sprawnie posługuje się piórem.

Ile jest prawdy w tym, że aby przekonująco pisać o zbrodni trzeba ją samemu popełnić?

Życie Agathy Christie zawiera jeden zagadkowy i niewyjaśniony do tej pory epizod. Nigdzie w autobiografii nie znajdziemy bodaj słowa na temat tajemniczych jedenastu dni, podczas których Agatha Christie zniknęła. Obraz autorki, jaki wyłania nam się z autobiograficznych powieści, pokazuje kobietę, która starannie kontroluje informacje, które na jej temat staną się publicznie dostępne. Agatha żyła w czasach, w których nie szukano rozgłosu za pomocą skandali, odwrotnie, unikano ich za wszelką cenę. Były wydarzeniami w złym guście, wstydliwymi. Podobnie wstydliwą sprawą były kłopoty małżeńskie, zdrada czy rozwód. Dlatego jest sprawą co najmniej zagadkową, że aspirująca do tzw. towarzystwa pisarka, szanowana żona i matka, wywołała tak wielkie zamieszanie wokół swojej osoby. 

Dlaczego? Nie spodziewała się rozgłosu? Przeliczyła się? Czy może, faktycznie straciła pamięć?

Andrew Wilson w „Królowej zbrodni” snuje własną wersję wydarzeń. Wplata w nią autentyczne zdarzenia i okoliczności, które ustaliła policja w grudniu 1926 roku, ludzi, którzy mieli związek z śledztwem oraz krewnych i znajomych autorki, a przede wszystkim – samą Agathę Christie!
Aby uwiarygodnić swoją wersję wydarzeń, Wilson gruntownie przestudiował życiorys pisarki, jej „Autobiografię” oraz artykuły prasowe. Dzięki temu, Agatha Christie, na kartkach powieści staje jak żywa, razem ze swoimi atutami i kompleksami, umiejętnościami oraz lękami.
Andrew Wilson wplątał Agathę w historię rodem z jej kryminałów, postawił w sytuacji wręcz niesamowitej, ale prawdopodobnej. Tego, co faktycznie wydarzyło się podczas owych jedenastu dni, prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy, lecz dzięki „Królowej zbrodni”, możemy popuścić wodze wyobraźni.

W książce mamy dwa wątki, prowadzone równolegle: pisaną w pierwszej osobie relację samej Agathy Christie oraz wątek poszukiwań, w których uczestniczą różne osoby – policja i znajomi pisarki.  Postać Agathy oparta jest na jej książkach autobiograficznych i biografiach innych autorów, szczególnie Jareda Cade.
Zgodnie z faktami, na kartach książki spotykamy pisarkę w bardzo trudnym okresie jej życia – jej matka niedawno zmarła i Agatha przeżywa żałobę, a mąż Archie ma kochankę i żąda rozwodu. Agatha, w związku z tym, cierpi na niemoc twórczą i bez powodzenia usiłuje napisać „Zagadkę Błękitnego Ekspresu”. Sytuację komplikuje fakt, że po sukcesie „Zabójstwa Rogera Ackroyda” oczekiwania czytelników są bardzo wysokie.

Dla czytelników, którzy znają biografię autorki, książka jest fascynującą podróżą do jej świata. Odnajdujemy w niej krewnych, agenta literackiego, sekretarkę, córkę a nawet teriera o imieniu Peter. Jest też Archie, o którym od samej Agathy wiemy dość mało. Pojawia się także fikcyjna postać doktora Kursa, stworzona na wzór fikcyjnej postaci doktora Shepparda z powieści Agathy „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, a która odgrywa w powieści znaczącą rolę. Nic w fikcji stworzonej przez Andrew Wilsona, nie jest przypadkowe. Im lepiej czytelnik „Królowej zbrodni” orientuje się w życiu i powieściach Agathy, tym większą przyjemność będzie czerpał z lektury książki.
Oczywiście, są i trucizny. Jakżeby inaczej. Jest zbrodnia, są trucizny, ale kto i dlaczego popełnił zbrodnię? Tego dowiecie się z lektury „Królowej zbrodni”.

Wątek poszukiwań powstał na podstawie dokumentów, które znajdują się w policyjnych aktach, w prasie z grudnia 1926 roku oraz w oficjalnym oświadczeniu, które wydała rodzina Agathy. Wynika z niego, że pisarka doznała poważnego zaniku pamięci, ale zarówno wtedy, jak i obecnie, wiele osób w to wątpi. W archiwum pisarki, które tak dokładnie skatalogował i opisał John Curran, brakuje zeszytu z notatkami do „Zabójstwa Rogera Ackroyda”. Na kartkach powieści Wilsona pojawia się prowadzący śledztwo komisarz Kenward, Una Crowe i wiele innych, prawdziwych postaci.
Informacje o tym, które wątki w książce są autentyczne, znajdziemy na stronie 300.

„Królowa zbrodni” to ciekawa powieść na jesienny wieczór, ale i hołd dla Agathy Christie. Solidne przygotowanie się przez autora, wciągająca fabuła i sama Królowa Zbrodni – czyż to nie gwarancja dobrej rozrywki?
Serdecznie polecam nie tylko fanom Agathy Christie!

wtorek, 19 września 2017

33 proste strategie, dzięki którym "Fińskie dzieci uczą się najlepiej" - Timothy D. Walker

Uczyć jak w Finlandii


Fenomen fińskiego szkolnictwa objawił się dopiero w 2001 roku, kiedy OECD ogłosiła wyniki pierwszego, międzynarodowego rankingu umiejętności piętnastolatków, znanego jako PISA. W wielu krajach Europy, w tym w Polsce, albo właśnie dokonano, albo zaczęto wprowadzać reformy edukacji (to wtedy w Polsce powstały gimnazja). Wszystkie, podlegające reformom systemy szkolnictwa, miały pracować w szybszym tempie i osiągać wyższe wyniki nauczania, liczyła się efektywność i wskaźniki ukończenia przez uczniów szkoły, monitorowanie, informowanie, zarządzanie, ewaluacja i programy naprawcze.
Wynik tego pierwszego rankingu okazał się ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich, z Finlandią włącznie. Właśnie zaczęto dyskusje nad ewentualnymi reformami w fińskiej oświacie, krytykowano aktualny poziom nauczania i oglądano się na świat, gdy wynik rankingu PISA uciszył wszelką krytykę.
No bo jak to tak?
System edukacji nie zmieniany od lat siedemdziesiątych XX wieku, brak szkół prywatnych i brak super nowoczesnego sprzętu w salach lekcyjnych oraz brak nacisku na szybsze tempo i wyższe wyniki, a wynik PISA przechodzi najśmielsze oczekiwania?

Co zatem jeszcze charakteryzuje fińską edukację? Uczniowie uczą się w bardzo zróżnicowanych, pod względem materialnym i społecznym, grupach. Nakłady finansowe skierowane są przede wszystkim na wykształcenie i uposażenie nauczycieli, co przełożyło się na wzrost zaufania wobec nich rodziców i uczniów oraz na specjalistyczne wsparcie uczniów, aby wyrównać szanse edukacyjne (w tym szeroka oferta zajęć pozalekcyjnych rozwijających wszechstronnie zainteresowania) oraz zdrowotne.

Tim Walker, amerykański nauczyciel, który podjął pracę w swoim zawodzie w Helsinkach,  opowiada nam o swoim zetknięciu się z odmiennym dla niego systemem edukacji, o swoich zaskoczeniach i zdziwieniach. Równie dużo mówi nam o fińskim systemie edukacji, jak i o amerykańskim. Odkrywa dla siebie i dla czytelnika cudowne, proste prawdy, które składają się na fiński sukces, na fiński fenomen edukacyjny i dzieli się nimi, na kolejnych stronach książki.
W Finlandii, najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa dziecka, jego dobre samopoczucie i szczęście. Ważny jest czas wolny, bo tam nie żyje się aby pracować, ale pracuje, aby żyć. Nie ma potrzeby co chwilę się wykazywać, migotać, błyszczeć, popisywać. Ważniejsza jest współpraca i samodzielność. Często mniej, znaczy więcej.
Prawdy, do których Amerykanie dochodzą drogą żmudnych i kosztownych badań, Finowie uzyskują poprzez zdrowy rozsądek i obserwowanie podopiecznych.

Na początku pobytu w Finlandii, Tim nie mógł przestawić się ze swego rodzaju neurotycznego pracoholizmu na zdrowe podejście do pracy. Wakacje to dla niego było po prostu mniej pracy, bo nie było lekcji, ale codziennie przygotowywał się do zajęć, które miały rozpocząć się za miesiąc. Praca nauczyciela w USA wiązała się z dużo większym zmęczeniem i stresem, niż w Finlandii. W pierwszym roku pracy w USA, Tim przeszedł wypalenie zawodowe. Opisywał, że w USA nauczyciel jest poddawany dużo większej kontroli niż w Finlandii, z czym wiąże się konieczność wypełnienia i przygotowania wielu dokumentów. Tymczasem Fińscy współpracownicy często przypominali mu, żeby po prostu odpoczął, bo praca, żeby była efektywna, nie musi oznacz harówki.
Przez całą książkę Tim wielokrotnie podkreślał jak ważna jest współpraca nauczycieli i uczniów. Dla przyzwyczajonego do rywalizacji Amerykanina, był to powód do wielu refleksji.

Przez dwa lata, które minęły od chwili, gdy autor podjął pracę w fińskiej szkole, do wydania książki „Fińskie dzieci uczą się najlepiej”, najwięcej nauczył się … on sam. Codziennie zderzał się z innymi priorytetami niż te, które panowały w Stanach, innym, niż znany mu, systemem wartości i bardziej samodzielnymi dziećmi, nad którymi rodzice nie krążą jak nadopiekuńcze helikoptery.

Książka „Fińskie dzieci uczą się najlepiejto lektura godna polecenia wszystkim nauczycielom.
Najcenniejsze w niej jest to, że Tim Walker pokazał nam, czytelnikom, wiele rozwiązań, które bardzo łatwo amerykański oraz polski nauczyciel może przenieść na własny grunt i włączyć do metod pracy, które stosuje. Nie wymagają one stosów papieru, wykresów, tabelek i analiz. Nie wymagają czasochłonnego przygotowania. Niewielkim wysiłkiem polski nauczyciel może zastosować kilka rozwiązań, a wtedy może powiemy, że nie tylkoFińskie dzieci uczą się najlepiej”.

Polecam  książkę kolegi po fachu przede wszystkim nauczycielom!

O tym, co wyczytałam na blogu Tima Walkera na temat edukacji oraz w napisanych przez niego artykułach przeczytacie TUTAJ.


Fińskie dzieci uczą się najlepiej
Timothy D. Walker
Tłumaczenie: Marta Kisiel-Małecka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
tytuł oryginału: Teach Like Finland: 33 Simple Strategies for Joyful Classrooms
data wydania 31 sierpnia 2017
ISBN 9788308063880
liczba stron 210

wtorek, 22 sierpnia 2017

Fenomen fińskiej edukacji - na początku jest nauczyciel

Okładka oryginalna oraz polskiego wydania
Fenomen fińskiej oświaty znany jest każdemu, kto zajmuje się edukacją, czy to jako nauczyciel, czy rodzic. Wszyscy wiemy, że fińskie dzieci mają najlepsze osiągnięcia szkolne i najmniejszy poziom stresu, że system nauki jest inny, niż w pozostałych krajach, a przede wszystkim, że jest bardzo, bardzo kosztowny. 
Polski system edukacji stoi u progu kolejnej reformy, ale nie o niej chcę pisać. Na dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, w księgarniach ukaże się, nakładem Wydawnictwa Literackiego, książka  Tima Walkera pt."Fińskie dzieci uczą się najlepiej".

Z lektury noty wydawcy oraz udostępnionego, darmowego fragmentu, można powiedzieć, że jest to literatura faktu ubrana w formę quasi pamiętnika. Autor krótko przybliża nam swoje zmagania z zawodem nauczyciela w Stanach Zjednoczonych, a później opisuje swoje spotkanie z fińskim systemem edukacji.  Tim Walker ożenił się z Finką i małżeństwo zdecydowało się wyjechać do Finlandii, a Tim podjął pracę w fińskiej szkole. 
Tim Walker jest więc amerykańskim nauczycielem mieszkającym w Finlandii. O swoich spostrzeżeniach pisze artykuły dla The Atlantic. Ponadto regularnie pisze o fińskiej edukacji na Taught by Finland i jest autorem książki Fińskie dzieci uczą się najlepiej (Teach Like Finland: 33 Simple Strategies for Joyful Classrooms).



W oczekiwaniu na książkę, wyruszyłam na poszukiwania - co o książce Tima Walkera wie internet.

NAUCZYCIELE: Różnice między USA a Finlandią, związane z systemem edukacji, obejmują także szkołę jako miejsce pracy. Nie można zapominać, że dla nauczycieli ich zawód jest  pracą i także, podobnie jak uczniom, muszą być zapewnione odpowiednie warunki ich pedagogom. Jak się okazuje, bez tego, o wysokich wynikach w nauce można tylko pomarzyć.
Zarówno Tim Walker, jak i cytowana przez niego w artykule dla The Atlantic Finka, która w wyniku zamążpójścia podjęła pracę w szkole na Florydzie, zgodnie twierdzą, że praca nauczyciela w USA wiąże się z ogromnym zmęczeniem i stresem, niż w Finlandii. Jestem bardzo ciekawa, czy w książce znajdę więcej informacji na ten temat. Z artykułu wyłowiłam, że w USA nauczyciel jest poddawany dużo większej kontroli niż w Finlandii, z czym wiąże się konieczność wypełnienia wielu dokumentów (ewaluacja, która i nam, polskim pedagogom, daje się w kość). Poczucie braku zaufania do nauczyciela ze strony władz i mocne ograniczenie autonomii wpłynęło negatywnie na satysfakcję z pracy cytowanych osób. Zmniejszenie autonomii, amerykańscy nauczyciele także odczuwają z powodu standaryzacji nauczania za pomocą testów i kontroli rozliczania wszystkiego (realizacji materiału, postępów w nauce etc.) -  to samo wpycha w sztywne ramki polskich nauczycieli, a przykład Finlandii pokazuje, że można zorganizować cały proces inaczej. 
W czym jest problem? Marc Tucker z Narodowego Centrum Edukacji i Gospodarki uważa, że albo wybiera się bardzo dobrych kandytatów na stanowisko nauczyciela (co jest kosztowne) i daje się im autonomię, albo, jak w USA, przyjmuje się do zawodu każdą chętną osobę i mocno ją kontroluje. [link do artykułu]
Tim Walker napisał także artykuł [link do artykułu] o silnym stresie, jaki jest udziałem amerykańskich nauczycieli. Jego źródłem jest napięty harmonogram oraz mnóstwo wymagań wobec nauczyciela, w tym bezproduktywna dokumentacja. 
Czy ktoś z czytających ten wpis, jest nauczycielem? 
Czyż nie brzmi to znajomo?
Tymczasem okazuje się, że presja wywierana na każdego pojedynczego nauczyciela, aby ów podnosił swoją nauczycielską jakość jest o tyle chybiona, że największe sukcesy osiągają nauczyciele jako zespół. Rola współpracy jest bardzo niedoceniana. 
W porównaniu z przodującymi w dziedzinie edukacji krajami, takimi jak Finlandia i Singapur, a także wieloma innymi, amerykańscy nauczyciele spędzają z uczniami najwięcej czasu - ok. 27 godzin w tygodniu (wobec 18 godzin). [link do artykułu] Do tego, rzecz jasna, dochodzi czas, podczas którego nauczyciele planują i przygotowują się do zajęć. W efekcie, nauczyciel z Azji pracuje około 47,6 godziny w tygodniu, z czego tylko 19 z uczniami. Amerykański podobną ilość godzin ogółem, ale z uczniami dużo więcej. I osiąga niższe wyniki swoich podopiecznych. Na co amerykański nauczyciel nie ma czasu? Na współpracę z innymi nauczycielami i własny rozwój. 
"Współpraca jest praktycznie niemożliwa, gdy nauczyciele są przytłoczeni. (...) Współpraca dotyczy dzielenia się pracą. Kiedy nauczyciele są zestresowani, współpraca stanowi luksusowy dodatek. Kiedy nauczyciele przekonają się, że nie mogą sobie pozwolić na współpracę, dzielenie się pracą po prostu nie istnieje." Tim Walker [link]
"W Stanach Zjednoczonych obciążenie nauczyciela w pełnym wymiarze jest o prawie 50% wyższe niż typowe obciążenie pedagogiczne w Finlandii, gdzie wynosi zaledwie 18 godzin lekcyjnych na tydzień. Więcej godzin nauczania dla amerykańskich wychowawców oznacza, że ​​jest więcej godzin planowania i prowadzenia księgowości. Mając to na uwadze, nie dziwi, że amerykańscy nauczyciele donoszą o niskim poziomie współpracy między nimi. Są stale pod presją czasu.
Obciążenie nauczaniem nie jest jedyną przeszkodą dla amerykańskich nauczycieli. Brakuje harmonogramu nauczania, który zapewniałby wbudowane możliwości współpracy ze swoimi kolegami. (...)  nauczyciele w Finlandii często podczas szkolnej,  15-minutowej przerwy, spotykają się, aby wspólnie omówić lub ustalić coś ze sobą - często w pokoju nauczycielskim.
Nauka w Finlandii pokazała mi, co jest możliwe w amerykańskich, i innych, szkołach. Można wspierać współpracę między nauczycielami, ale wymaga to śmiałych kroków. Nauczyciele potrzebują wielu możliwości współpracy, a także mniejszego obciążenia obowiązkami, aby zmaksymalizować czas spędzony razem."[link]
*
Przypomina mi się sędziwy już dowcip o taczkach. Robotnik cały dzień biegał z pustymi taczkami po placu budowy. Osoba, która patrzyła na to z boku, zapytała, dlaczego tak robi.
Odpowiedział:
- Mam tak dużo pracy, nie nie mam kiedy tych taczek załadować.


Czytanie strony internetowej Tima Walkera Taught by Finland jest ekscytujące! 
Nie mogę się już doczekać, kiedy przeczytam jego książkę 
Fińskie dzieci uczą się najlepiej 
(Teach Like Finland: 33 Simple Strategies for Joyful Classrooms).

Moja recenzja wkrótce!
Zapowiedź na blogu TUTAJ.




czwartek, 17 sierpnia 2017

Fińskie dzieci uczą się najlepiej - zapowiedź



31 sierpnia tego roku ukaże się książka Fińskie dzieci uczą się najlepiej Timothy D. Walkera, w
tłumaczeniu Marty Kisiel-Małeckiej. Książkę przygotowało Wydawnictwo Literackie.
Opis
Stylu uczymy się od Francuzów, ideę hygge pokazują nam Duńczycy, a co by było, gdybyśmy zaczęli myśleć o szkole tak, jak robią to Finowie?

Fińskie szkoły od lat zajmują czołowe pozycje w międzynarodowych testach edukacyjnych PISA. Mali Finowie są świetni z matematyki i nauk przyrodniczych, a do tego czytają więcej niż ich rówieśnicy z innych krajów. Co jednak najbardziej intrygujące, uczniowie z Finlandii należą do grupy, która w ciągu roku poświęca na naukę najmniej czasu. Płatne korepetycje są zakazane, prac domowych prawie nie ma, a znaczną część sprawdzianów uczniowie oceniają sami. Brzmi jak edukacyjny raj?

Fińskie dzieci uczą się najlepiej to historia amerykańskiego nauczyciela, który – kompletnie wypalony – wyjechał do Finlandii, gdzie na nowo odnalazł sens swojej pracy, a dziś pomaga przenieść fenomen fińskiego cudu edukacyjnego w inne zakątki świata.

Możemy przygotować uczniów do egzaminów albo do życia. Wybieramy to drugie — mówią pedagodzy fińscy. Teraz również polscy rodzice i nauczyciele mogą poprowadzić dzieci ku największemu z sukcesów — ku szczęściu. Jak to osiągnąć? Timothy D. Walker mówi w swojej książce o zaufaniu, dzieleniu odpowiedzialności, budowaniu wspólnoty, uspokojeniu przestrzeni i wielu innych elementach, które na co dzień są pomijane lub traktowane marginalnie, mimo że znaczenie jest absolutnie kluczowe.

Z tej książki rodzice dowiedzą się, co mogą zmienić w domu, a nauczyciele — w klasie, żeby nasze dzieci uczyły się lepiej, chętniej i przyjemniej. Cisza, prostota, egalitaryzm i kontakt z przyrodą — to, co tak nam się podoba w kulturze krajów nordyckich, można przenieść do pokoi dziecinnych i szkolnych klas!

W Polsce od lat trwają dyskusje na temat kształtu naszego szkolnictwa, a ostatnio ich temperatura rośnie. Jeśli uważnie przyjrzymy się fenomenowi fińskiego cudu edukacyjnego, może się okazać, że i polskie dzieciaki nie będą już musiały wybierać pomiędzy szczęśliwym dzieciństwem a świadectwem z czerwonym paskiem.
Inspirująca lektura dla rodziców, dziadków i nauczycieli. Na naukę nigdy nie jest za późno! [link]

Goodreads TUTAJ

Lubimy Czytać TUTAJ

Biblionetka TUTAJ


Timothy D. Walker [link]

Strona internetowa autora: http://taughtbyfinland.com/

Facebook Taught by Finland

Twitter https://twitter.com/timdwalk

Wkrótce więcej informacji :)


środa, 9 sierpnia 2017

"Żony jednego męża", czyli nie czytaj tej książki jeżeli....

Nie czytaj tej książki, jeżeli znasz jedynie słuszny przepis na życie i jest nim tradycyjna rodzina, z tradycyjnym podziałem ról. W rodzinie, którą opisała Anna Fryczkowska jest jeden mąż, żona i kochanka na prawach żony. Każda ma z Wojtkiem po jednym dziecku. Mieszkają i żyją razem. I, o zgrozo, są szczęśliwi.

Nie czytaj tej książki, jeżeli podczas rodzinnych spotkań, nawet w Święta, musisz wszystkim udowadniać, że twoja racja w sprawach moralności, religii i recepty na szczęście, jest jedynie słuszna. Nawet, jeśli Święta przez to się nie udadzą, a rodzina przestanie się do siebie odzywać. 
Bo jak Polska długa i szeroka, my Polacy, jesteśmy podzieleni w swoich religijnych i politycznych poglądach, a co za tym idzie, także podzielone, jest nasze poczucie moralności i normalności. 
I o tym właśnie jest ta książka.
O tym, że można się pięknie różnić i być szczęśliwym w układzie nietypowym, a w utartym stereotypie niekoniecznie. 
I o tym, co naprawdę spaja rodzinę. 

W warstwie fabularnej, Anna Fryczkowska serwuje nam połowę bliźniaka w Warszawie, w którym mieszka Wojtek z Anitą. Bez ślubu. O zgrozo, tej rodzinie autorka kazała zamieszkać na Żoliborzu, w pobliżu słynnej Willi oraz niemal pod bokiem kościoła. Anita robi karierę, świetnie zarabia i akurat spodziewa się dziecka. Obowiązki domowe ją przerastają, nie interesuje jej wicie gniazda, wiele prac deleguje na zewnątrz, choćby posiłki spożywane w restauracji lub zamawiane do domu. Pewnego dnia, w domu pojawia się gosposia, zwana Tunią, młodziutka dziewczyna z małego miasteczka, z małomiasteczkową mentalnością oraz z małomiasteczkowymi marzeniami. A Wojtek stoi w "rozkroku", bo i jeden, tradycyjny, sposób na życie mu się podoba, i drugi, nowoczesny. Każdy z tych modeli ma wady, i każdy ma zalety. 
To, co zawsze było słabością takich układów (mąż, żona i gosposia), stało się w tej rodzinie jego siłą. Fabuła wzięła karkołomny wiraż i pomknęła zupełnie nieutartą drogą, rozbijając w pył wszelkie stereotypy. 
Jak już wspomniałam, rodzina 3 + 2 jest szczęśliwa, ale czy otoczenie im to wybaczy? Czy sąsiedzi oraz rodzina będą mogli patrzeć spokojnie na taką sielankę, tym bardziej, że w domu mąż bije żonę oraz przepija zarobki zgodnie z uświęconą tradycją? 
O tym, że w Polsce trzeba mieć dużo odwagi, żeby być szczęśliwym, także jest ta książka. 

Nie czytaj tej książki, jeżeli obawiasz się, że zaraza tolerancji pochwyci ciebie w swoje szpony. 

Pozostałym, gorąco polecam!

Żony jednego męża
Anna Fryczkowska
Wydawnictwo: Burda Książki
data wydania 11 kwietnia 2017
ISBN 9788380532182
liczba stron 288

sobota, 29 lipca 2017

Sudeckie wędrówki - Krzysztof Gdula

"Książka jest o moich wędrówkach górskich, ale ich opisy raczej nie złożą się na przewodnik, ponieważ starałem się prowadzić czytającego nie tyle polnymi dróżkami czy górskimi szlakami, co ścieżkami swoich wrażeń z przeżywania piękna natury. Wędruję głównie po Sudetach, do tych gór mam najbliżej, ale równie dobrze mogłyby być to inne góry, albo Roztocze czy lasy Białowieży, ponieważ otoczenie może tylko wspomóc nasze przeżywanie, wyręczyć nas nie potrafi. Jednak góry mają coś, co trudno zastąpić: zmienność krajobrazów, oczyszczające wrażenie własnej małości i dal – tajemniczą, uroczą i wołającą nas ku horyzontowi, którego nigdy nie da się dotknąć. Tym samym cel i spełnienie zawsze są przed nami, wystarczy wziąć plecak i wejść na jedną z tysięcznych dróg biegnących w nieskończoną Dal.
Kiedyś, gdy chciałem założyć na głowę koronę gór polskich, poszedłem na dach Gór Kaczawskich, na Skopca. Później, wspominając poznany szlak, wróciłem – i będę wracać.
Te góry nie są dla zdobywców szczytów i trudnych tras, one są dla tych, którzy nieśpiesznie wędrując, albo po prostu włócząc się, gdzie uwiedzione lub zaciekawione oczy poniosą, chcą smakować urok natury i słuchać siebie, odzewu swojego ducha. One są do podziwiania i kochania – dokładnie tak, jak kobiety. W tej książce starałem się zawrzeć swój podziw dla Sudetów, a zwłaszcza dla Gór Kaczawskich; czy udanie, Czytelnicy ocenią." - Tak prezentuje książkę wydawca. 



Organy Wielisławskie [źródło zdjęcia]
Goździk kropkowany
Dianthus deltoides [źródło zdjęcia]














Autor wędruje po mojej rodzinnej okolicy, więc już na wstępie ma duży plus, za sympatię do Pogórza Kaczawskiego. Każdy rozdział, który autor opisuje, budzi moje własne wspomnienia. Oto Wielkie Organy Wielisławskie, naturalny twór geologiczny, w postaci różowych słupów skały zwanej porfirem. Było to jedno z miejsc, gdzie jeździłam z ś.p. moimi Rodzicami w niedzielne popołudnia. Mama pisała monografię goździka kropkowanego Dianthus deltoides w ramach pracy magisterskiej (studia zaoczne), porównywała różne parametry tych roślin, na stanowiskach o różnej glebie utworzonej na różnych skałach. 

Widok na miasto i Wilczą Górę [źródło zdjęcia]
Jest i Wilcza Góra (Wilkołak) koło Złotoryi, w połowie ucięta w celu pozyskania bazaltu. Ileż odbyłam tam spacerów z moimi dziećmi, szkolnych wycieczek i ognisk u podnóża? Nie zliczę. Wilkołak wpisany jest w krajobraz Złotoryi. Budzi we mnie wspomnienia miłe, ale też bardzo, bardzo smutne, ponieważ na samej górze, nad wyrobiskiem, nie jest bezpiecznie. 
Okolice wsi Podgórki i ja przeszłam. Przemoczyliśmy wtedy buty, ale mogłam pokazać dzieciom dziewięćsiła bezłodygowego, chronioną roślinę. Innym razem, jedna z moich córek, spadła w agroturystyce z kuca, na którym jechała wierzchem. Nie zrażona wdrapała się natychmiast z powrotem na siodło, czym wzbudziła uznanie wśród chłopaków opartych o ogrodzenie padoku. 
Jest i Wąwóz Myśliborski, gdzie rośnie rzadka, chroniona paproć - Języcznik zwyczajny, wzdłuż wąwozu panuje swoisty mikroklimat i skąd mam sporo pięknych zdjęć moich córek w rodzinnym albumie. 
Zamiast pisać o książce, snuję wspomnienia, ale taka ta książka jest, że budzi nostalgię, wywołuje z pamięci dawne chwile. U kogoś, kto nie zna Pogórza Kaczawskiego, mam taką nadzieję, książka może obudzić ochotę, by wybrać się w ten piękny rejon naszego kraju. Wycieczki są tutaj niezbyt męczące, można zabrać w teren dzieci, krajobrazy przecudne (szczególnie przełomy rzeki Kaczawy w okolicy wsi Sędziszowa, tam gdzie znajdują się Organy Wielisławskie), jest spokój. 
Bardzo polecam, i książkę, i wycieczki po okolicy Pogórza Kaczawskiego!!


Sudeckie wędrówki
Krzysztof Gdula
Wydawnictwo: Primo Libro
data wydania 2016
ISBN 9788365499394
liczba stron 192

Krzysztof Gdula
Krzysztof Gdula o sobie:
Jestem synem, mężem, ojcem i dziadkiem. Na razie jednej tylko wnuczki, ale za to nie bez powodu noszącej imię najpiękniejszej kobiety świata.

Technik z wykształcenia i wykonywanej pracy, humanista z przekonania. Z zamiłowania górski wędrowiec i czytelnik. Słucham muzyki baroku i piszę. Fascynuje mnie piękno, ale i osiągnięcia ludzkiego umysłu.[link]
Blog autora: 

poniedziałek, 10 lipca 2017

Cuda natury, kulturowe tradycje - jeziorka, stawy i wodospady polskich Sudetów i Karpat

"Trudno zaiste o piękniejszy widok od tatrzańskich jezior, wedle góralskiego obyczaju zwanych zwyczajowo stawami, rozlanych w polodowcowych kotłach, gdy w ich przepastnych wodach przeglądają się wyniosłe szczyty i skaliste turnie. Podobne wrażenia odnaleźć można i w Karkonoszach, gdzie Polacy na czarowne górskie jeziorka przenieśli bliską swemu sercu nazwę stawów. Ale przecież swój niezaprzeczalny urok posiadają i okolone zielenią lasów, osuwiskowe zazwyczaj jeziorka Beskidów. Stąd też pomysł na niniejszą książkę, która przybliżyć ma przepiękne cuda natury, jakimi bez wątpienia pozostają jeziora i jeziorka polskich gór. A że po raz pierwszy opisano wszystkie lub prawie wszystkie w jednym miejscu, nadaje to niniejszej publikacji poniekąd nowatorski charakter, który pozwala uzasadnić przed Czytelnikiem powstanie owej książki."[Wstęp, s. 8]
Jeziorka i stawy Gór Świętokrzyskich, Sudetów i polskich Karpat. Cuda natury, kulturowe tradycje
Bartłomiej Grzegorz Sala
Wydawnictwo: Ciekawe Miejsca
data wydania 2015 (data przybliżona)
ISBN 9788363424718
liczba stron 152

To pierwsza książka, która prezentuje miłośnikom gór, turystom oraz ludziom ciekawym świata znajdujące się w górach w Polsce jeziora i stawy. 
Autor krótko opisuje ich pochodzenie geologiczne, powierzchnię i głębokość, a także pochodzenie nazwy, historię turystyki w rejonie zbiornika, przytacza ciekawostki, informacje o zabudowaniach (schroniskach) czy ewentualnej ochronie, typu Park Narodowy czy Rezerwat Przyrody. 
Jeśli tylko opisywane jeziorko czy staw stały się modelem dla malarza, grafika lub poety, Bartłomiej Sala wspomina o tym, podając nazwiska twórców i tytuły prac. 
Pojawia się element folkloru, bardziej lub mniej wyrazisty, także w postaci legend. Ponadto poezja, pamiętniki, a nawet filmy, w których akwen wodny stanowił scenografię. 
Z karkonoskich zbiorników wodnych, najwięcej miejsca autor poświęcił stawom w Śnieżnych Kotłach, które już w 1933 roku stały się rezerwatem przyrody, a od 1959 roku objął je Karkonoski Park Narodowy. 
"Śnieżne Kotły słyną od dawna jako wybitna turystyczna atrakcja, zarazem stanowiąc unikalne stanowisko flory alpejskiej i reliktowej arktycznej oraz rzadkich gatunków zwierząt, roślin i grzybów. Występują tu m. in. płochacze halne, drozdy obrożne, zimozioły północne, pierwiosnki najmniejsze, sasanki alpejskie, róże alpejskie, niezapominajki alpejskie, świetliki maleńkie, skalice śnieżne (jedyne stanowisko w Europie Środkowej) i porosty z gatunku Rhizocarpon lecanorium."[s.18]

Zimoziół pólnocny (Linnea borealis), fot. Henripekka Kallio LINK
Śnieżne Kotły i Śnieżne Stawki pojawiały się w niemieckim malarstwie, w poezji w prozie, choćby opisy Izabeli Czartoryskiej i Rozalii Salusonowej, które autor cytuje, podobnie jak wiersze. Wielki i Mały Staw stały się filmowym plenerem w filmie Kazimierza Tarnasa z 1995 roku "Awantura o Basię", według prozy Kornela Makuszyńskiego. 

Obraz Hermanna Hendricha "Mały Staw albo Duch Gór jako śpiący olbrzym" (fot. www.facebook.com/przemek.wiater)
Folklor, znacznie skromniejszy w Karkonoszach w porównaniu z Tatrami czy Beskidami, głównie przetrwał w postaci legend. Bartłomiej Sala przytacza kilka z nich. 

Książka rozpoczyna się Jeziorkiem Szmaragdowym w Górach Świętokrzyskich, potem autor omawia akweny Sudetów, Karpat - Tatr, Gorców, Beskidu Sądeckiego, Beskidu Niskiego i Bieszczadów. Omawia je w taki sam sposób jak Śnieżne Stawy w Karkonoszach.

Książka jest bardzo popularną prezentacją jezior, wymienia wszystkie, ale traktuje je pobieżnie. Jeśli czytelnik jest zainteresowany zgłębianiem tematyki, musi sięgnąć choćby po umieszczone w "Wybranej literaturze" pozycje. Dla turysty, który wybrał się w jeden z górskich rejonów  naszego kraju i chciałby nieco poznać aspekt historyczno-kulturowy z nim związany, pozycja będzie satysfakcjonująca. Dla osób obeznanych z regionem, obawiam się, że nie wniesie wiele nowego.
Drażniły mnie powtórzenia - omawiając Wielki i Mały Staw w Śnieżnych Kotłach autor dwukrotnie umieścił ten sam tekst dotyczący filmu ""Awantura o Basię". Takich powtórzeń jest więcej i wywarły one na mnie niedobre wrażenie. 

W książce znajdują się strony z kolorowymi zdjęciami omawianych jezior i stawów. 

Zdjęcia Zimozioła północnego i obrazu Hermanna Hendricha nie ma w książce, dodałam je korzystając z zasobów internetu. 


Wodospady polskich Sudetów i Karpat. Cuda natury, kulturowe tradycje
Bartłomiej Grzegorz Sala
Wydawnictwo: Wydawnictwo CM
data wydania 2015 (data przybliżona)
ISBN 9788363424848
liczba stron 120

Książka "Wodospady polskich Sudetów i Karpat. Cuda natury, kulturowe tradycje" jest pozycją bliźniaczą, jak określił ją autor, w stosunku do tomu "Jeziorka i stawy Gór Świętokrzyskich, Sudetów i polskich Karpat". Z braku wodospadów brak w niej Gór Świętokrzyskich. 
Książka w taki sam sposób jak poprzednia pozycja omawia geologię, pochodzenie, historię, folklor oraz sztukę związane z poszczególnymi wodospadami. 

wtorek, 27 czerwca 2017

Nikomu się nie śniło - antologia opowiadań

Od początku, od tego Początku, na czele którego stało Słowo, minęło mnóstwo czasu i wiele wody upłynęło w rzece. Teraz, słowo jest na sprzedaż. 
Czy można kupić słowo? 
Dlaczego nie? Każdy może kupić słowo jak bułkę, jak kupon materiału. A potem autor, z tego słowa wyczaruje opowieść. Wykup Słowo to eksperyment literacki, to projekt, z którego dochód zostanie, w tym roku, przekazany Fundacji Światło. Fundacji, która pomaga pacjentom wybudzić się ze śpiączki. Stąd tytuł, nawiązujący do snu.
Żeby pomóc podopiecznym Fundacji, można było wykupić słowo, aby posłużyło jako tkanina do uszycia opowieści. Teraz, można także kupić - książkę.

W antologii "Nikomu się nie śniło" znajdziemy opowiadania znanych, lubianych pisarzy oraz bardzo udane debiuty. W czasach, kiedy forma opowiadania w świecie święci triumfy,  my także mamy czym się pochwalić.

A co takiego "nikomu się nie śniło"?

Na pewno trzydzieści lat temu nie śniło nam się, że świat będzie wyglądał i funkcjonował tak, jak widzimy za oknem. W opowiadaniu "Powrót"  Hanny Bilińskiej - Stecyszyn, znajdującym się na początku zbioru, wielu z nas powróci we wspomnieniach do lat młodości. Zabawne perypetie głównego bohatera uświadamiają długą drogę, jaką przebyliśmy i zmiany, jakie zaszły w naszym kraju, w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Równie "wspomnieniowe" jest opowiadanie zamykające tom, "Karkonosze Cztery", Moniki Wasilewskiej, która przywołuje czasy kolekcjonowania zużytych kart telefonicznych.
Podobnie jak "Powrót" rozbawiło mnie przewrotne opowiadanie Michała Dębskiego "Nakazany owoc".  To, że owoc zakazany kusi, wiemy wszyscy, ale co nakazanym?

O tym, jak ludzie sobie (nie) radzą z traumatycznymi przeżyciami opowiada nam Hanka V. Moody w przejmującej "Sztuce chodzenia po linie", ale również Robert Małecki w doskonałym studium rodzinnej tajemnicy pt."Pustka". „Sąsiadka” Magdaleny Genow-Jopek, to historia starszej kobiety z bydgoskiego Fordonu, która była świadkiem morderstwa na osiedlu, na którym mieszka. Bardzo mocno wgryzła się w moją duszę czytelnika Marta Koton-Czarnecka opowiadaniem "Śniaki", którego finał zmusił mnie do zrobienia sobie przerwy, aby wrócić "na ziemię", czy nawet "dojść do siebie". To mocny, psychologiczny dramat.

Zupełnie inaczej bawią nas skojarzeniami K.B. Ambroziak, której "Finimondo" oraz „Kwadratowe kałuże” Joanny Chudzio wzbudziły mój szczery zachwyt. Niesamowita fantazja, sny na jawie i sny na życzenie, a także utrzymanie stylistyki opowiadań w konwencji snu niezmiernie mi się podobały.

Magdalena Niziołek-Kierecka, laureatka konkursu Książka Przyjazna Dziecku, zabiera czytelników w świat wyobraźni kilkulatków. "O tym, jak Szczupak, Przecinek i Pancernik odkryli tajemnicą kolorów" to opowiadanie, które mnie po prostu urzekło. Inaczej odczytają je dorośli, a zupełnie coś innego zobaczą w nim dzieci. To doskonała propozycja dla całej rodziny.

Natomiast Moomu Mu w "Dziewięć koma osiemdziesiąt jeden" i Przemek Morawski w "Życiu, o jakim śniłeś", w poważny sposób tropią naturę snu i jego zaburzenia o podłożu medycznym. Z Elżbietą Łapczyńską dowiemy się, czym jest "Wszystko, czego nie powiedziałem dziewczynie spod okna" i zejdziemy z głównym bohaterem do mrocznych zakamarków jego duszy.

Nie zabrakło też opowiadań kryminalnych. To, choćby, wywołujący ciarki na plecach "Scenariusz" Anny Rozenberg  oraz pełne proroczych snów opowiadanie Izabeli Szymczak ,"Sidła snów", lecz wątki kryminalne znajdziemy i w pozostałych historiach.

Z Marasem Pijanowskim podążymy tropem tajemniczego bractwa, które spotyka się w średniowiecznej kamienicy w Toruniu. W "Cieniu klabaternika" mamy zdradę, zemstę, poplątane losy i mnóstwo symboli, a sen staje się rzeczywistością. Lub odwrotnie.
Rzeczywistość z marą senną, a teraźniejszość z czasami sprzed dwudziestu lat mieszają się też w "Snach" Grzegorza Giedrysa.

Wreszcie, "I nikt cię nie usłyszy" Katji Tomczyk. Gęsta, duszna proza, wrzucająca czytelnika w świat majaków, chorób i miejsca, zwanego Finimondo, które zdaje się wysepką surrealizmu, w oceanie nieprzyjaznego świata, oazą na pustyni.

Na koniec, chociaż nie ostatnie w zbiorze, "Wilkiem" Doroty Szelezińskiej. Doskonała wiwisekcja związku między kobietą, a mężczyzną, wędrówka po zakamarkach, pełnej traum i blizn, męskiej duszy. To opowieść o miłości różnie pojmowanej, o (nie)umiejętności kochania, o uczuciu, które uzależnia, ubezwłasnowolnia, zatraca. I o odzyskiwaniu kontroli.

Antologia "Nikomu się nie śniło" jest książką, którą wzięłabym na bezludną wyspę, ponieważ zawiera w sobie mnóstwo opowieści, a te, po odłożeniu tomu, same się dalej snują, dopowiadają i śnią. Po każdym opowiadaniu robiłam przerwę, aby pobyć z tekstem, z puentą, w atmosferze, która wniknęła w moją duszę, posłuchać poruszonych strun i powyobrażać sobie dalsze ciągi. Aby posmakować słów i metafor.
Każde opowiadanie jest inne, uszyte z odmiennej tkaniny, uplecione niby z tych samych wyrazów, jak z klocków, lecz różniące się od siebie jak gotycka katedra, współczesna galeria handlowa i wiejska, drewniana chata. Na każde rzucałam się z zachwytem i wpisywałam nazwisko autora do wyszukiwarki z nadzieją, że natrafię na jego/jej książkę, która chwyci mnie w sidła tak, jak jego/jej, opowiadanie, i uwięzi na długie godziny.

Kawał dobrej roboty!
Polecam!


Nikomu się nie śniło 
Autorzy: K.B. Ambroziak, Hanna Bilińska-Stecyszyn, Joanna Chudzio, Michał Dębski, Magdalena Genow-Jopek, Grzegorz Giedrys, Marta Koton-Czarnecka, Elżbieta Łapczyńska, Robert Małecki, Hanka V. Mody, Moomu Mu, Przemek Morawski, Magdalena Niziołek-Kierecka, Maras Pijanowski, Anna Rozenberg, Dorota Szelezińska, Izabela Szymczak, Katja Tomczyk, Monika Wasilewska

Wydawnictwo: Czwarta Strona
data wydania 15 marca 2017
ISBN 9788379766383
liczba stron 560

środa, 17 maja 2017

Emerycka szajka idzie na całość - Catharina Ingelman-Sundberg

"Emerycka szajka przywraca stary, dobry ład społeczny, który skończył się w latach '80 [XX wieku]." - ten cytat z trzeciej części książki zwięźle artykułuje motywy, jakimi kierują się sympatyczni staruszkowie w swojej przestępczej działalności. Wykształceni, żyjący kiedyś na dobrym poziomie ludzie, nie mogą pogodzić się z biedą jaka stała się ich udziałem w domu spokojnej starości. I nie tylko z tym. Nie mogą się także pogodzić z niesprawiedliwym, według nich, podziałem dóbr, zwłaszcza, że bogaci na różne sposoby unikają płacenia podatków, a to z nich opłacane są, na przykład, domy seniorów. Gdyby system podatkowy działał jak należy, to wtedy starsi ludzie nie byliby zmuszeni do egzystencji na skraju nędzy.
Emerycka szajka zatem, na wzór legendarnego Robin Hooda, odbiera bogatym, a daje biednym, czyli wyręcza państwo w ściąganiu podatków i przekazywaniu ich na społeczne cele oraz dofinansowanie takich miejsc, jak domy spokojnej starości. W dodatku nikt nie bierze na serio jakichkolwiek sugestii, że poruszający się z trudem i przy pomocy chodzika staruszek, mógłby okraść bank, muzeum narodowe lub uprowadzić jacht. 
Tak, zdecydowanie życie na emeryturze może być bardzo przyjemne, o ile ma się trochę pieniędzy. Myślę, że w Polsce, podobnie jak w Szwecji, raczej trudno liczyć na system emerytalny w tym względzie. Nie, żebym kogokolwiek namawiała do założenia polskiej emeryckiej szajki, raczej do zadbania o swoje finanse na przyszłość, ale na pewno zachęcam do wysłuchania trylogii (a kto wie, czy autorka nie pisze już kolejnej części?) Cathariny Ingelman-Sundberg o sympatycznych i przedsiębiorczych seniorach!
Ponieważ jestem wielką miłośniczką audiobooków, tym bardziej polecam trylogię w wykonaniu Artura Barcisia, który zinterpretował ją po mistrzowsku, dołączając do grona moich ulubionych lektorów, obok Krzysztofa Gosztyły, Ireny Kwiatkowskiej, Piotra Fronczewskiego, Zbigniewa Zapasiewicza i Marcina Hycnara.

źródło zdjęcia
Emerycka szajka idzie na całość
Catharina Ingelman-Sundberg
Tłumaczenie: Patrycja Włóczyk
Cykl: Liga Seniorów (tom 3)
Wydawnictwo: Sonia Draga
tytuł oryginału Rån och inga visor
data wydania 18 stycznia 2017
ISBN 9788379998975
liczba stron 448

Fragment audiobooka "Emerycka szajka idzie na całość" - Cathariny Ingelman-Sundberg w interpretacji Artura Barcisia TUTAJ