poniedziałek, 28 marca 2016

Angielski z dreszczykiem. Pogoń za wampirem - Marc Hillefeld [czytamy w oryginale]

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu - czyli wymyśliłaś sobie kobieto wyzwanie, to staw mu czoło! ;)
Co prawda miałam nadzieję, że ktoś się jeszcze przyłączy, nawet zgłaszali się chętni, ale linków nie ma :(  Do końca pierwszego kwartału, kiedy to nastąpi rozliczenie pierwszej części wyzwania, jeszcze trzy dni. Nie tracę nadziei :)

Pojawił się nawet w mojej głowie pokrętny pomysł, żeby wszelki ślad po wyzwaniu wykasować i udać, że niczego takiego nie było, ale na jednym z blogów natknęłam się na mój własny banerek :) Poza tym znam siebie, sumienie nie dałoby mi żyć!

Zatem sięgnęłam po niewielką w gruncie rzeczy lekturkę oraz smartfon, żeby móc tłumaczyć słówka. Kiedyś wertowałam dwutomowy słownik, teraz przyszła mi w sukurs technologia. "Pogoń za wampirem" ma za zadanie wzbogacić słownictwo i jestem niezmiernie zadowolona z takiej formy nauki. Lekka fabuła, kryminał w przymrużeniem oka, a w nim wiele synonimów na: wzięcie głębokiego oddechu, odetchnięcie z ulgą, przełykanie śliny (z nerwów), złodzieja - oszusta- czarny charakter etc. W dodatku te zwroty powtarzają się wielokrotnie i to jest to, co lubię. Kiedy po raz kolejny wklepuję do translatora słowo, przychodzi moment, gdy zaczynam myśleć: czy to nie oznacza przypadkiem bla bla bla? I w końcu zapamiętuję :)
Jak na moją odległą w czasie naukę angielskiego w liceum, kursy popołudniowe (w sumie trwały ze dwa - trzy lata), własną pracę i naukę mimochodem podczas korespondencji przyznam, że gramatyka w tej książce nie sprawiła mi nawet najmniejszego problemu, zrozumienie treści również, a poznałam sporo słówek.
Chętnie za jakiś czas wrócę do tej opowiastki, żeby sobie odświeżyć słówka z nadzieją, że smartfon będzie rzadziej w użyciu niż podczas pierwszej lektury. Czyli z nadzieją, że w głowie coś zostanie :)

Bardzo mi szkoda, że nie mam tomików środkowych: Tajemnice obrazu; (wzbogacanie słownictwa) i Zagadki mumii (gramatyka)
Gdyby ktoś był chętny mi pożyczyć, będę wdzięczna! :)

"Angielski z dreszczykiem to cztery książki: Pogoń za wampirem (słownictwo podstawowe), Tajemnice obrazu; (wzbogacanie słownictwa), Zagadki mumii (gramatyka), Ślady piekielnego psa (konwersacje). Dzięki nim czytelnik odświeży i poszerzy znajomość języka angielskiego, wzbogaci zasób słów i poćwiczy gramatykę. Każda książka to: trzymająca w napięciu i pełna humoru historyjka kryminalna; ciekawe ćwiczenia wplecione w treść opowiadania; test sprawdzający postępy w nauce" - nota wydawcy.
Posiadam część pierwszą i czwartą.

O autorze z serwisu Lubimy Czytać, autorstwa użytkownika: takisobiejac [źródło: TUTAJ]

"Niemiecki pisarz, scenarzysta i reżyser filmowy.
Absolwent Uniwersytetu w Münster (Universität Münster) - etnologia.
Autor serii książek pomagającej Niemcom w nauce angielskiego. Były to cztery powieści kryminalne wydane pod wspólnym tytułem "Compact Lernikrimi Englisch". W Polsce seria ta ukazała się w 2005 roku dzięki wydawnictwu Bertelsmann Media, i nosiła tytuł "Angielski z dreszczykiem". Trzy lata później Agora SA zrobiła reedycję serii, dołączając książki do wydań "Gazety Wyborczej".
Na podstawie powieści kryminalnych autora powstały liczne niemieckie i austriackie produkcje telewizyjne, np. "Vollgas – Gebremst wird später" (Pro7, 2005), "Die Schöne und der Mörder" (Pro7, 2007) czy "Action-Komödie" (RTL, 2011).
Obecnie Hillefeld mieszka i pracuje na zmianę w Monachium i Berlinie.


Angielski z dreszczykiem. Pogoń za wampirem
Książka jest przypisana do serii/cyklu "Angielski z Dreszczykiem".
Wydawnictwo: Bertelsmann Media
tytuł oryginału Compact Lernkrimi Englisch Grundwortschatz. Die Jagd nach dem Vampir
data wydania  2008
ISBN 83-7391-355-6
liczba stron 140



środa, 23 marca 2016

Uprawa roślin południowych metodą Miczurina - Weronika Murek

 Debiut totalny!
Siedem opowieści wyjętych z pogranicza snu i jawy, zdrowia i choroby umysłowej, życia i śmierci, gdy ciało jeszcze nie jest pochowane, a dusza jeszcze nie wie, że już nie żyje. Nawet na wieczorku zapoznawczym dla zmarłych, bohaterka opowiadania "W tył, w dół, w lewo" stawia opór, bo twierdzi, że nie umarła. 
"O tym, że nie żyje, dowiedziała się jako ostatnia. Czasami tak bywa. Rano wszystko było jeszcze w porządku: żywi mijani na ulicy pozdrawiali ją tak, jakby wciąż do nich należała. Gdy dotarła do pracy, nikt już nie patrzył jej w oczy. Rzeczy z jej biurka leżały w plastikowym worku.
– No, no – powiedziała szefowej. – Po coście to zebrali? To wszystko nowe jeszcze, niedawno kupione.
Na co tamta odparła:
– Co z tego? Te rzeczy należą do zmarłej, a rzeczy zmarłych się pali"[1]. 
Autorka uchyla nam rąbka kotary, za którą są już zaświaty. Tam, zgodnie z ludowymi wierzeniami, w nagrodę pomaga się rozwijać kłębek złotej nici, z której Matka Boska dzierga Jezusowi skarpety, temu samemu, który kradnie dzieciom kapcie spod łóżka.
Książka jest tak odklejona od rzeczywistości, że chciałabym wiedzieć, co autorka zażywa, bo ja też chcę tego popróbować. Czytam wywiady i nic. Taka jest i tyle. Dorysowuje rzeczywistości wąsy, wymyśla dodatkowe czasoprzestrzenie, wplata skrawki snów, niedokończonych, przerwanych dźwiękiem budzika, spogląda na świat pod innym kątem niż zwykły zjadacz chleba i łapie odbicia w lusterka, a potem niesie je ostrożnie, żeby z lusterek nie uciekły. 
Opowiadanie "W tył, w dół, w lewo", najdłuższe, otwierające tomik, jest dla mnie najsmaczniejsze. Ta wędrująca dusza, która nie chce pogodzić się z własną śmiercią fascynuje, śmieszy, przestawia głowę na inny tryb myślenia. 
"– Jak pani nie zobaczy ciała, to nigdy do pani ta śmierć nie dotrze – odparła Różyłło (…). – Należy się pogodzić.
– Zaraz pójdę – powiedziała Maria – wielkie mi coś: rzucić okiem. To chwilę zajmie, na razie nie mam czasu.
– Ona nie ma czasu! – odezwała się Różyłło. – Ona nie ma czasu! (…) Ależ tak, właściwie do czego ma się pani śpieszyć? Do domu, do rodziny, do kaszy w garnku? – urwała, czerwona. – Pani wie, ja zazdroszczę czasem wam, umarłym. (…) Pani już na niczym nie zależy, pani już nie jest śpieszno, ma pani święty spokój.
– Jak taka pani zazdrosna, to proszę się zamienić – powiedziała Maria.
– Nie chcę – odparła tamta, opuszczając wzrok. – Na co mi to? Mam tu obowiązki.
Milczały. (…)
– Duża cudowność nam się ostatnio zdarzyła – powiedziała Różyłło, przytuliła córkę. – No nie, Kasieńka? Z trzech jaj cztery kurczęta. (…)
– Nie ma sprawiedliwości – rzekła matka głucho. – U nas się dziecko straciło, a u was życia a życia, aż kury za nim nie mogą nadążyć. (…)
– Mamusia, a może i ja bym się zabiła? – odezwała się Kasieńka.
– Ja się nie zabiłam – odparła Maria – to był tragiczny wypadek. (…) Zresztą, ja żyję jeszcze"[2].
I jeszcze fragment rozmowy z wieczorku zapoznawczego dla zmarłych:
"– Nie przedstawiła się pani – powiedział mężczyzna znad szachownicy. – Nie powiedziała nic o sobie. Nie przyznała, na co umarła.
– Jeszcze nie umarłam (…) No, a nawet jeśli – powiedziała Maria – to i tak nie wiem na co. – I szybko, chcąc uprzedzić pytanie: – I nie jestem ciekawa. No, po co mi to? Zmieni to cokolwiek?
– Nie – odparł tamten. – Ale będzie o czym rozmawiać.
– To ta sprzed kamienicy – powiedziała kobieta z rękawiczką. – Mówiłam ci, kochany. Już z nią rozmawiałam. Nie dopuszcza myśli.
– Nawet przyjść nie chciała – odezwała się jej córka, kładąc miskę z mlekiem i wężem na kolanach. – Łaskę nam robi, mówi, że była akurat na cmentarzu i wpadła, że nie chce sama czekać, aż ją pochowają. (…)
– No – powiedział mężczyzna znad szachownicy – to na co pani zmarła?
– Może pani mówić – odezwał się ten w czerwonych chodakach. – Tutaj sami swoi.
– A tak sobie, po prostu – powiedziała Maria. – Mogłam, to umarłam. (…)
– Osobiście jestem człowiekiem rozumu – powiedział – i nie przekonuje mnie śmierć tak po prostu.
– Dlaczego? – spytała kobieta z aksamitką. – Ja też się kiedyś zabiłam. Nie ma się czego wstydzić. Każdy z nas ma inne potrzeby. Niektórzy odchodzą w samotności, tak lubią. Jeśliby oceniać…
– Wcale nie oceniam – powiedział mężczyzna. – Po prostu nie mieści mi się w głowie. Ja osobiście żyłbym, ile wlezie – umilkł, udał, że zbiera palcem okruchy ze stołu. – Ostatecznie jednak człowiek jest wolny niestety.
– Jest przyjemnie żyć – odezwała się kobieta z rękawiczką. (…)
– Jeśli tylko są chęci – powiedziała Maria. – A u mnie nie było. Może mi się znudziło to życie? Może raz w życiu chciałam zrobić coś tylko dla siebie?
– Dla siebie – powtórzył tamten.
– No już, już – powiedziała kobieta z aksamitką. – Bo spłoszycie panią – urwała, odwróciła się do Marii i uśmiechając szeroko, dodała: – Ja panią rozumiem. Chciała pani mieć coś własnego i ma: śmierć. To świetna sprawa. Gdybym mogła raz jeszcze zdecydować, postąpiłabym tak samo. Proszę się nie tłumaczyć. (…)
– Ja też nie żałuję – powiedziała kobieta z rękawiczką. – Mnie się śmierć trafiła, ale nie żałuję. Zastanawiam się czasem, co by było, gdybym nie umarła"[3].
Pyszne dialogi, celne, nieprzegadane.
Świat wykreowany przez Weronikę Murek jest spójny, konsekwentny, nie ma tu taniego efekciarstwa, żeby tylko czytelnika zaskoczyć. Realizm magiczny, po który sięga autorka jest uczciwą formułą, a nie próbą ukrycia niedoróbek. Murek od pierwszego słowa do ostatniej kropki panuje nad tekstem. 
Tytuł? Wpasowany w konwencję. Jako motto, słowa Miczurina: „Nie możemy czekać na łaskawość przyrody. Naszym celem jest wziąć ją sobie od niej samemu”. Akurat ten hodowca, któremu na siłę przypisywano status naukowca świetnie tutaj pasuje, razem z wybranym cytatem.

Świetna książka i rewelacyjny debiut. 

Uprawa roślin południowych metodą Miczurina [Weronika Murek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE 

 ---------
[1] Weronika Murek, "Uprawa roślin południowych metodą Miczurina", Wydawnictwo Czarne, 2015, s. 9 
[2] Tamże, s. 21-22. 
[3]  Tamże, s. 58-60.


Weronika Murek, fot. Anna Mika
Uprawa roślin południowych metodą Miczurina
Wydawnictwo: Czarne
data wydania 12 lutego 2015
ISBN 9788380490246
liczba stron 144
Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, mieszka w Katowicach.
Rocznik 1989.

Weronika Murek, otrzymała we wrześniu 2016 roku w Radomiu, Nagrodę Literacką imienia Witolda Gombrowicza dla debiutantów.
Tomik śląskiej autorki, Weroniki Murek, obwołany został jednym z najlepszych debiutów prozatorskich 2015 roku. [więcej....]

poniedziałek, 21 marca 2016

Życie z drugiej ręki - Anna Grzyb

Główna bohaterka, Anita, to przeciętna, współczesna młoda kobieta, która rozmienia swoje życie na drobne pomiędzy domowymi obowiązkami oraz małomiasteczkowymi plotkami. I niestety postanawia nam tę historię opowiedzieć sama, tak jak potrafi. Dowiadujemy się zatem co lubi jadać jej starsza, a co młodsza córka i jak wyglądają ich kurteczki, czapeczki oraz szaliczki na najbliższą zimę, czy kupione zostały w second-handzie czy w sklepie (i w jakim stopniu pasują do siebie kolorystycznie). Wysłuchujemy jej narzekań na ciężkie prace domowe (zawodowo nie pracuje, a zajmowanie się dwójką zdrowych dzieci to wyzwanie ponad jej siły). Poznajemy pożycie małżeńskie bohaterki: "Z Tym Mężem bywało różnie, kwadratowo i podłużnie."[1], a nawet wrażenia ze wspólnego zagranicznego wyjazdu: "Dojechaliśmy do romantycznego miejsca. Stała tam wieża zwana przez miejscowych sikającą żyrafą."[2] 
Ambicją Anity staje się prowadzenie własnego sklepu z używaną odzieżą. Przy okazji wychodzi na jaw kilka rodzinnych, brudnych sekretów. 
Zapowiedziana w prologu tragedia okazuje się trzecią ciążą a także - niespodzianka! - dowiadujemy się jak "Ten Mąż", jak go nazywa narratorka, ma na imię. Normalnie wbiło mnie w fotel i popłakałam się ze wzruszenia.

Życie z drugiej ręki [Anna Grzyb]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Szkoda, że zaplanowałam tę książkę do przeczytania w ramach blogowych wyzwań czytelniczych, bo mogłabym ją spokojnie pominąć, a tak - słowo się rzekło, kobyłka u płotu. I myślę sobie o tej biednej autorce, która zbiera cięgi za swój debiut. Może gdyby nie było tak nachalnej promocji na Facebooku, opisywania drgnień duszy na każdym etapie powstawania książki, zapisów na egzemplarze z autografem, a zamiast tego solidna redakcja, konsultacja z kimś przyjaznym, a na rzeczy się znającym, z zaprzyjaźnionym blogerem bodaj, nie byłoby tak przykro pisać tych słów, bo i nie byłyby potrzebne.
I myślę sobie o popularnych pisarkach, które na okładce książki wychwalały tę powieść, tracąc w moich oczach twarz i wiarygodność. Kogo cynicznie i świadomie oszukały bardziej, mnie czytelniczkę,  czy autorkę książki? W którym miejscu zabrakło kogoś przytomnego, kto powiedziałby głośno, że król jest nagi zanim....podniesie się kurtyna?  Nie wiem.
Ale ostrzegam i odradzam lekturę.
------------
[1] Grzyb Anna, "Życie z drugiej ręki", Wydawnictwo Szara Godzina, 2015, s. 96
[2] tamże, s. 34


Życie z drugiej ręki
Wydawnictwo: Szara Godzina
data wydania 7 września 2015
ISBN 9788364312595
liczba stron 192

piątek, 18 marca 2016

Kwadratowe jaja czyli Poirot prowadzi śledztwo


Na początek odrobina historii: 
„Tytuły zebrane w tomie „Poirot prowadzi śledztwo” (1924) pisane były na zamówienie magazynu „The Sketch”, który rozpoczął ich druk w marcu 1923 roku od „Wypadków na Balu Victory”. Do końca roku w gazecie ukazały się dwadzieścia cztery historyjki z małym Belgiem. Zbiór „Poirot prowadzi śledztwo” objął jedenaście z nich, natomiast pozostałe, w pięćdziesiąt lat po gazetowej premierze, opublikowano w pierwszym brytyjskim wydaniu „Wczesnych spraw Poirota”. W 1963 roku Christie uhonorowała wydawcę „The Sketch”, opatrując „Kieszeń pełną żyta” dedykacją: „Bruce’owi Ingramowi, który lubił i wydawał moje opowiadania”.[1]
Wszystkie historie opisane w tomie „Poirot prowadzi śledztwo” opowiada nam kapitan Hastings. To niejako tłumaczy pewne niedoskonałości przekazu narratora, który nie zawsze rozumie, co się naprawdę dzieje w prowadzonej sprawie. To zagubienie Hastingsa, połączone z jednoczesnym przekonaniem o własnych zdolnościach, a także z troską o nadmiernie rozdęte ego przyjaciela, zostało oddane przez autorkę po mistrzowsku. Pyszne są także sprzeczki pomiędzy Poirotem i Hastingsem, a fabuła pełna typowych dla gatunku sytuacji, takich jak przebieranki, inscenizacje, nawet sięganie do okultyzmu. Wiele z nich doskonale sprawdziłoby się, gdyby opowiadania odegrać jako sztukę na deskach teatru.

Tytułowa (z pierwszego opowiadania) „Gwiazda Zachodu” to olbrzymi brylant, bliźniak drugiego, o nazwie Gwiazda Wschodu. Kiedy właścicielka tak cennego klejnotu otrzymuje list z pogróżkami, nie pozostaje nic innego, jak poprosić o pomoc parę słynnych detektywów.
„Odciągnąłem Poirota na bok.
- Słuchaj no, drogi przyjacielu, nie lepiej wrócić do Londynu?
- Tak uważasz, Hastings? Dlaczego?
- No cóż – odchrząknąłem – sprawy nie potoczyły się najlepiej, prawda? Mam na myśli to, że mówisz lordowi Yardly, by zdał się na ciebie, a wszystko będzie dobrze – i sprzątają ci brylant sprzed nosa!
- To prawda – odparł Poirot bardzo zakłopotany. – Nie był to jeden z moich największych triumfów. (…)
- Nie sądzisz, że – przepraszam za wyrażenie – zaprzepaściwszy sprawę, byłoby taktowniej natychmiast wyjechać?
- A obiad, bez wątpienia wyśmienity obiad, który przygotował szef kuchni lorda Yardy?”[2]
Również godny polecenia jest ten cytat: „żadna kobieta nie zniszczy listu, jeśli nie jest bezwzględnie konieczne. Nawet wtedy, gdy rozsądniej byłoby to uczynić.”[3]

Opowiadanie „Tragedia w Marsdon Manor” to wyjaśnienie okoliczności zgonu pana Maltraversa, który krótko przed tym ubezpieczył się na wypadek śmierci na wysoką sumę.

„Perypetie z tanim mieszkaniem” opowiada historię kradzieży ważnych planów z Departamentu Marynarki Stanów Zjednoczonych i pewnej vendetty.

W „Tajemnicy Hunter’s Lodge”, obłożnie chory na grypę Poirot rozwiązuje zagadkę kryminalną kierując śledztwem z …łóżka. Na miejsce przestępstwa wysyła poczciwego Hastingsa i porozumiewa się z nim za pomocą depesz.

W opowiadaniu „Kradzież obligacji za milion dolarów”, Bank Londyński i Szkocki postanowił zdobyć możliwość udzielania kredytów również w Ameryce, dlatego wysłał tam obligacje warte milion dolarów. Obligacje przewoził liniowcem Olimpia Filip Ridgeway, siostrzeniec jednego z dyrektorów generalnych, ceniony pracownik banku. Oczywiście obligacje zostały skradzione, a do pary detektywów zgłosiła się po pomoc narzeczona Filipa Ridgewaya.

„Tajemnica egipskiego grobowca” dotyczy klątwy faraona w rzeczy samej, którą okrzyknięto sprawczynią łańcucha tajemniczych zgonów, które miały miejsce po otwarciu grobowca pewnego faraona. Poirot i Hastings udają się do Egiptu.
„Egipt mnie zauroczył. Ale nie Poirota. Ubrany dokładnie tak samo jak w Londynie, stale nosił w kieszeni malutką szczoteczkę do ubrań i toczył nieustającą wojnę z kurzem, który gromadził się na jego odzieży. (…)
- Popatrz na Sfinksa – nalegałem. – Nawet ja odczuwam tę tajemnicę i urok, jakie roztacza.
Poirot przyjrzał mu się niezadowolony.
- Nie wygląda na szczęśliwego – oznajmił. – Jak mógłby być, skoro do połowy jest tak niechlujnie zasypany piaskiem!”[4]
W „Kradzieży w hotelu Grand Metropolitan”, kapitan Hastings, który może i nie miał głowy do prowadzenia śledztw, ale do interesów jak najbardziej, zafundował przyjacielowi weekend w Grand Metropolitan w ramach odpoczynku. Właśnie wzbogacił się dzięki jakiejś transakcji: „no cóż, teraz, jak to się mówi, mam pieniędzy jak lodu. Sądzę, że weekend w Grand Metropolitan sprawiłby nam obu dużą przyjemność.”[5] W hotelu zatrzymała się towarzyska śmietanka, a panie, jedna przez drugą prześcigały się w prezentowaniu posiadanych klejnotów.
„Widok tak wielu kosztowności sprawia, że zaczynam żałować, iż zajmuję się wykrywaniem przestępstw, a nie ich popełnianiem. Co za okazja dla wytrawnego złodzieja!”[6] 
Te słowa wyrzekł Poirot i okazały się, niestety, prorocze, a zamiast wypoczynku, detektywi mieli ręce pełne roboty.

W „Porwaniu premiera” Poirot i Hastings mają 24 godziny i 15 minut, aby odnaleźć uprowadzonego premiera Anglii, którego obecność na konferencji aliantów, zaplanowanej następnego dnia w Wersalu, jest konieczna.

„Zniknięcie pana Davenheima”  to historia, w której Hastings opowiada o sprawie, gdy nie tylko znikł pan Davenheim, ale i zawartość jego sejfu.  Dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Czy aby na pewno?
„Poirot urwał i wyciągnął rękę po kolejne gotowane jajko. Zmarszczył brwi. – To wręcz nie do zniesienia – wymamrotał – żeby każda kura znosiła jajka innej wielkości. Jakaż asymetria powstaje z tego przy stole! Żeby chociaż sortowali je w sklepie!
- Mniejsza o nie – odparł zniecierpliwiony Japp. – Mogą być nawet kwadratowe. Niech nam pan raczej powie, gdzie się gość udał, gdy opuścił Cedars, jeśli pan to wie!
- Eh bien, poszedł do swojej kryjówki. Och, ten pan Davenheim, być może jego szare komórki mają jakieś zniekształcenia, funkcjonują jednak pierwszorzędnie!
- Czy pan wie, gdzie jest jego kryjówka?
- Naturalnie. Jest bardzo pomysłowa. „[7]
Opowiadanie „Sprawa włoskiego arystokraty” to znów wyzwanie dla szarych komórek Poirota, który musi ustalić jaki był przebieg wypadków, aby rozszyfrować mordercę. Hastings tak podsumował tę sprawę: „Poirot miał rację. Jak zwykle, niech go diabli!”[8]

„Zaginiony testament” to ostatnie opowiadanie w zbiorze, w którym Violetta Marsh ma rok, aby sprostać wyzwaniu, przed którym postawił ją umierający wujek. Stawką jest jego majątek. Ekscentryczny senior nie pochwalał wyborów bratanicy, którą opiekował się po śmierci jej rodziców, a konkretnie chęci zdobywania przez dziewczynę wykształcenia. Poprzez obwarowania zapisane w testamencie stanął w szranki z intelektem bratanicy, sam nie posiadając - jak mawiał - wiedzy książkowej. Przygotował w tym celu istną sieć intelektualnych pułapek.
„Jeżeli bratanica przejrzy jego podstęp, usprawiedliwi tym swój wybór życiowy i udowodni, że w pełni zasługuje na jego pieniądze.
- Ale go nie przejrzała, prawda? – odparłem wolno. – Wydaje się to niesprawiedliwe. Tak naprawdę wygrał staruszek.
- Ależ nie, Hastings. Inteligencja cię zawodzi. Panna Marsh dowiodła bystrości umysłu i znaczenia wyższego wykształcenia kobiet, przekazując sprawę od razu w moje ręce. Zawsze zatrudniaj eksperta. Tym samym dowiodła swego prawa do tych pieniędzy.”[9]
Te urocze, niewielkie z racji swojego przeznaczenia historie, wydają się dzisiaj trochę przykrótkie. Chciałoby się, aby autorka je rozbudowała, dała nam czytelnikom, trochę więcej czasu na gdybanie i wymyślanie możliwych rozwiązań. Każde z nich, odpowiednio obudowane tłem obyczajowym mogłoby być większą nowelką.
Z drugiej strony ciekawa jestem, ilu współczesnych autorów, wymyśliłoby dwadzieścia cztery, odrębne i niepodobne do siebie historyjki, a do tego narzuciłoby sobie dyscyplinę ubrania ich w tak krótką formę. I nie zapominajmy, że oprócz opowiadań, Agatha napisała kilkadziesiąt powieści, w których tylko sporadycznie pojawiały się jakieś dalekie podobieństwa do wcześniejszych opowiadań. Znajomość nawet sporej liczby jej książek nie daje nam gwarancji, że w końcu przejrzymy sprytne, szare komórki autorki i nie damy się wywieść w pole.
Zachęcam do lektury!

Poirot prowadzi śledztwo [Agata Christie]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
---------------
[1] Curran John, „ABC zbrodni Agathy Christie: Sekrety z archiwum pisarki”, tłum. Długajczyk Beata, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012, s. 60
[2] Christie Agtaha, „Poirot prowadzi śledztwo”, tłum. Kaliszewicz Brygida, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2015, s. 19-20
[3] tamże, s. 26
[4] tamże, s. 82-83
[5] tamże, s. 93
[6] tamże, s. 94
[7] tamże, s. 140
[8] tamże, s. 154
[9] tamże, s. 163-164

środa, 16 marca 2016

Agata sama o sobie - cytaty Agathy cz. 8

Jesteśmy tymi samymi ludźmi, co w wieku trzech, sześciu, dziesięciu, dwudziestu lat. Choć może raczej
sześciu czy siedmiu aniżeli dwudziestu, wówczas bowiem jeszcze nie udajemy kogoś innego, nie staramy się nadążyć za modą. Później już dajemy się wciągnąć. Jeżeli panuje moda na intelekt, stajemy się intelektualistami; jeżeli dziewczęta zachowują się jak pustogłowe flirciarki, my też flirtujemy i paplamy o niczym. Jednakże życie toczy się dalej: z biegiem lat coraz bardziej męczy owa gra pozorów, toteż człowiek wraca do własnego „ja”, stopniowo odzyskuje prawdziwą tożsamość. Znajomych czasem zbija to z tropu, lecz samemu zainteresowanemu sprawia ogromną ulgę. (…)

z Maxem Mallowanem
Nigdy nie radziłam sobie z grami; nie potrafię i już się nie nauczę przemawiać; tak łatwo poddaję się sugestiom, że dopiero w samotności sobie uzmysławiam, co tak naprawdę myślę albo co powinnam zrobić. Nie umiem rysować; nie umiem malować; nie umiem modelować ani rzeźbić; nie umiem się spieszyć bez wpadania w popłoch; nie umiem jasno się wypowiadać – o wiele lepiej wyłożę rzecz na piśmie. Upieram się przy zasadach, ale przy niczym więcej. Wiem, że jutro jest wtorek, lecz jeśli ktoś czterokrotnie powtórzy, że środa, po czwartym razie uznam to za fakt, ze wszystkimi jego konsekwencjami.

Co umiem? No cóż, umiem pisać. Jestem muzykalna, acz nie na poziomie profesjonalnym. Dobrze akompaniuję śpiewakom. Jeśli trzeba, potrafię improwizować – bardzo przydatny talent: zdziwiłbyś się czytelniku, jakie cuda umiem zdziałać szpilkami do włosów lub agrafkami. (…)

Nie lubię tłumu, ścisku, krzykliwych głosów, hałasu, rozwlekłych rozmów, wszelkich przyjęć, a zwłaszcza koktajli, dymu z papierosów i palenia w ogóle, alkoholu, chyba że w potrawach, marmolady, ostryg, wystygłego jedzenia, pochmurnego nieba, ptasich łap, zresztą ogólnie dotyku ptaka. I wreszcie rzecz najbardziej znienawidzona: smak i zapach gorącego mleka.
Lubię słońce, jabłka, niemal każdy rodzaj muzyki, pociągi, łamigłówki liczbowe i wszystko, co wiąże się z liczbami; lubię jeść i jeździć nad morze; lubię kąpiele i pływanie, ciszę, sen, marzenia, zapach kawy, konwalie, większość psów, teatr. [s. 368-369]

Autobiografia [Agata Christie]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Autobiografia
Tłumaczenie Konikowska Magdalena, Lechowska Teresa
tytuł oryginału An Autobiography
data wydania 22 września 2010
ISBN 978-83-245-8956-2
liczba stron 480


Cytaty Agaty na moim blogu:

1.  Remedium na finansowe kłopoty - cytaty Agaty cz. 1 (Autobiografia)
2.  Pasja kolekcjonerska - cytaty Agaty cz. 2 (Autobiografia)
3.  "Psie cechy" Agathy - cytaty Agaty cz. 3 (Autobiografia)
4.  O pracy - cytaty Agaty cz. 4 (Autobiografia)
5.  O kobietach - cytaty Agaty cz. 5 (Autobiografia) [15.12.2015]
6.  O mężczyznach  - cytaty Agaty cz. 6 (Autobiografia) [26.12.2015]
7. O zarabianiu na książkach  - cytaty Agaty cz. 7 (Autobiografia)  [29.12.2015]
8.  Agata sama o sobie - cytaty Agathy cz. 8 (Autobiografia) [27.01.2016]

Planowana data publikacji może ulec zmianie.

Dalszych wpisów - cytatów szukajcie w zakładce  Na tropie Agathy (Christie)

 

niedziela, 13 marca 2016

Radio Yokohama - Marcin Bruczkowski, Monika Borek

Studio radia Yokohama przypomina statek dryfujący na bezmiarze oceanu. Byt niemal samowystarczalny, w którym ludzie pracują, śpią i jedzą, nie wychodząc po za jego obręb całymi tygodniami. Bo i po co wychodzić, skoro wewnątrz jest klimatyzacja, a na zewnątrz parno, duszno albo właśnie wieje tajfun lub leje deszcz?
A może to metafora samej Japonii?
Ponieważ życie w ciasnej, klaustrofobicznej przestrzeni może być trudne, siedziba radia ukrywa wiele niespodzianek dla urozmaicenia pobytu. Po pierwsze są to właściwie cztery połączone ze sobą budynki, biegnące dookoła maleńkiego podwórka w środku, po drugie długie, wąskie korytarze wyłożone są matami o różnym stopniu zniszczenia lub kawałkami linoleum (przypomina mi to tratwę Kon-Tiki Thora Heyerdala), po trzecie klatki schodowe prowadzą na różne piętra i żeby dostać się z pierwszego na trzecie trzeba wejść jedną klatką schodową na drugie piętro, potem iść korytarzem i kolejną klatką schodową na trzecie. Bezpośredniej klatki schodowej z pierwszego na trzecie nie ma, za to jest jeszcze czwarte piętro, jest na nim nawet balkon, ale nie ma schodów, które by tam prowadziły.

źródło
Wcale to nie przeszkadza Amandzie, gitarzystce i śpiewaczce soulowej z Malezji, która uprawia wspinaczkę i ćwiczy sobie trochę kondycję dzięki szczelinom w pękających ścianach, o które zahacza palce rąk i stóp, jednocześnie skracając sobie drogę z piętra na piętro. Ale to dopiero jak Amanda pozna plan dziwnego budynku, bo na początku gubi się jak wszyscy i musi dostać .... mapkę. 
Pan Ikeda, konserwator, z lutownicą w dłoni biega po obiekcie i naprawia usterki. Tu i ówdzie można potknąć się o jego nogi wystające spod jakiegoś urządzenia, które ... hm ... naprawia, o ile właśnie nie zasnął i nie pochrapuje.  A wszyscy wiedzą, że urządzenie, za którego naprawę zabrał się pan Ikeda, teraz już definitywnie nie będzie działało. 



Jest w studio dyrektor, pan Hayakawa, przybywa z wizytą właścicielka radia, zachowująca się jak monarchini pani Orito, jest prowadzący nocne życie i bezszelestnie poruszający się kot Debiru, a także snujący się po korytarzach duch mężczyzny w staromodnym płaszczu i kapeluszu. Ale nade wszystko są realizatorzy nagrań i nagrywani wokaliści, muzycy oraz lektorzy. Międzynarodowe towarzystwo tworzy coś w rodzaju wieży Babel, bywa, że każdy posługuje się innym językiem i brakuje tłumacza. Zresztą po co komukolwiek tłumacz, skoro wszyscy mówią, a nikt nie słucha? Ani siebie nawzajem, ani tego, czego chcieliby posłuchać słuchacze. 


O przepraszam! Pan Tabashi słucha. 
Pan Tabashi, to można by rzec, człowiek orkiestra. W zasadzie woźny, ale od czasu do czasu prowadzi "domowy" zakład fryzjerski na użytek mieszkańców i pracowników oraz ..... prowadzi po godzinach psychoterapię na prawdziwej kozetce. Z odpiłowanymi nogami, żeby to była kozetka japońska, a raczej, żeby nie uszkodziła podłogowej maty.


Wizja trzech postaci z ksiązki 'Radio Yokohama' (Rie, Chie i Akemi) autorstwa Gabrieli Matusiak
Japońskie zwyczaje, przefiltrowane przez polskie i typowe dla autora poczucie humoru, dają nam obraz codzienności "gajdzina" w egzotycznej Japonii, gdzie jest mu zbyt ciasno w przegęszczonych pomieszczeniach, a czyny wypływające z dobrych chęci mogą przynieść wręcz odwrotny skutek, w zderzeniu z japońską mentalnością. Ubaw gwarantowany, dla wielbicieli poczucia humoru, jaki reprezentuje autor, ma się rozumieć. Gwoli wyjaśnienia, książkę otwiera cytat Latającego Cyrku Monthy Pythona.


Fot. Paweł Bruczkowski.
Narrację prowadzi Martin Bos, być może, w jakimś stopniu alter ego autora i Monika Borek, którą napisała fragmenty z punktu widzenia Amandy. Przeżywający kryzys wieku średniego bohater, w podupadającej z powodu kryzysu firmie odkrywa interesującą i kontrowersyjną przeszłość miejsca, gdzie obecnie znajduje się siedziba radia. Na trop zupełnie innych tajemnic wpada Amanda. Ostatecznie zagadki układają się w logiczną całość, a rozbawiony dowcipnym stylem Marcina Bruczkowskiego czytelnik zaczyna sobie przypominać to, czego się w szkole nauczył o historii Japonii, co wyczytał w poprzednich książkach autora i zaczyna rozumieć, że oprócz dobrej zabawy, kolejnej porcji wiedzy oraz rozważań na temat tego - dlaczego ludzie nie słuchają siebie nawzajem - pod chichotliwą warstwą fabuły czają się pytania, na które sam musi poszukać odpowiedzi, bo autor, owszem, ulepi metaforę, wciśnie coś między wiersze, ale na tacy, wprost, jak Polak Polakowi nie powie. Za długo już w tej Azji był :)

Życzę miłej zabawy przy lekturze książki!


Zdjęcia pochodzą z bloga Autora  
        

Radio Yokohama                                                                
Marcin Bruczkowski, Monika Borek                                   
Wydawnictwo: Rosner i Wspólnicy
szczegółowe informacje
data wydania 2008
ISBN 978-83-603-3629-8
liczba stron 388

środa, 9 marca 2016

Mazur - Jerzy Woźniak



Fascynujący świat pogranicza 
mazowiecko-pruskiego

Akcja „Mazura” Jerzego Woźniaka rozpoczyna się niemal na rok przed wybuchem II wojny światowej i toczy się głównie na terenie Prus Wschodnich. Ten, jak określa go Wikipedia, „region geograficzno-kulturowy”[1], skutecznie spychany na margines szkolnej nauki historii, przeciętnemu Polakowi kojarzy się z jeziorami, nad którymi miło spędzić wakacje, oraz Piknikiem Country w Mrągowie. Zdecydowanie mniej osób, poza miejscowymi, zna historię tego obszaru i zamieszkujących go ludzi.

Wikipedia podaje: 
„Mazurzy byli to Prusacy wyznania protestanckiego mówiący po polsku lub mazursku. Przed 1945 rokiem byli germanizowani. W okresie powojennym byli polonizowani oraz wyjeżdżali do Niemiec Zachodnich”[2]. 
A w innym haśle:
„Mazurzy – mieszkańcy południowych Prus Wschodnich, potomkowie polskich osadników z Mazowsza (…), ulegli wymieszaniu z pozostałościami ludności pruskiej oraz kolonistami z Rzeszy Niemieckiej i innych państw Europy Zachodniej. (…) Mazurzy wykazywali jeszcze polską świadomość narodową, pielęgnowali polskie tradycje. W XVIII wieku pojęcie polskości miało na tym obszarze jedynie znaczenie językowe a nie narodowe. Mówili gwarą będącą odmianą (…) języka polskiego, wypieraną od połowy XIX w. przez język niemiecki. (…) Mazurska szlachta polska uległa germanizacji najwcześniej, bo już pod koniec XVIII w.”[3].
Ta odrobina historii jest niezbędna, żeby zrozumieć problem, który przewija się w powieści Jerzego Woźniaka. Problem, który może budzić sprzeczne uczucia. Głównym bohaterem jest bowiem Georg Podborski, Mazur mieszkający w przedwojennym Szczytnie, wówczas nazywającym się Ortelsburg. Poznajemy go, gdy pracuje w muzeum jako konserwator. Po pracy nielegalnie zajmuje się przemytem wódki przez polską granicę. I właśnie ta granica, w obliczu zbliżającej się wojny, staje się miejscem wymagającym szczególnej uwagi Polaków i Niemców. Mazury należą do III Rzeszy, graniczą z Mazowszem. W rejonie pogranicza organizowane są siatki szpiegowskie zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej. Ludność miejscowa jest w różny sposób włączana w tę działalność, często wbrew własnej woli. Bywa, że ktoś zostaje zmuszony do roli podwójnego agenta. Miejscowi, którzy doskonale znają język polski, niemiecki oraz miejscową gwarę, a także teren, są idealnymi ludźmi do roli szpiegów. Jednym z nich staje się Podborski.

Początkowo nie ma on dylematu związanego z przynależnością narodową. Wszystko jest proste – Mazury należą do Niemiec i obowiązuje go niemieckie prawo, zatem powołanie do niemieckiej służby wojskowej stanowi naturalną kolej rzeczy. Dla Georga, który rozpoczyna działalność pod pseudonimem „Mazur”, a także dla nas, zaczyna się sensacyjny wątek powieści. Spotykamy się tu również z drugim, kontrowersyjnym elementem powieści – wysokimi rangą niemieckimi wojskowymi nastawionymi sceptycznie do polityki Hitlera, a nawet usiłującymi jej zapobiec. Zakładam, że Woźniak wprowadził ten wątek po dotarciu do faktów, które go potwierdzają.

Mimo iż główny bohater jest postacią fikcyjną, autor dał mu możliwość nawiązywania relacji z prawdziwymi, znanymi z historii osobami, które pełniły podczas wojny istotne funkcje. Zaangażowany w wykonywanie przydzielonych mu zadań, Georg nadal nie zauważa, że dla Niemców jest tylko Mazurem, człowiekiem gorszego sortu, a nie prawdziwym Niemcem. To w czasie jego pobytu w Berlinie padną słowa, które wypowie do bohatera jego przełożony: 
„Pan jest z Mazur, a tam chyba jest więcej wozów chłopskich niż cywilizacji. Zna pan to: »Gdzie kończy się kultura…«”[4].
W październiku 1939 roku starszy sierżant (Oberfeldwebel) Podborski wraca do Szczytna z powodu niezdolności do dalszego wykonywania służby wojskowej. Zostaje zatrudniony w biurze pośrednictwa pracy (Arbeitsamt). Na teren Mazur przywożeni są przymusowi pracownicy z Kresów lub z Warszawy. Dla polskich robotników Georg jest Niemcem, wrogiem, uosobieniem zła. Los jednak sprawia, że zakochuje się w polskiej „niewolnicy”, jak sama o sobie mówi, Jadwidze. Ta miłość nie miała prawa się zdarzyć, trwa wojna, on i ona stoją po dwóch stronach barykady, Niemcowi ponadto nie wolno kalać czystości rasy. Ale czy Jerzy (Georg) Podborski jest rzeczywiście Niemcem?

Świat, który wykreował Jerzy Woźniak, nie jest jednoznacznie czarno-biały. Autor jednak nie miał zamiaru wybielać Niemców ani ich usprawiedliwiać. Jak napisał we wstępie: 
„Jest oczywiste, że okres panowania hitlerowskiej dyktatury jest i będzie na zawsze częścią dziedzictwa Niemiec”[5].
Motto „Mazura” pochodzi z libretta „Wilhelma Tella” Rossiniego. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w czasach, w których toczy się akcja książki, zakazano grania tej opery. Powodem było jej polityczne przesłanie – bunt przeciw politycznemu porządkowi i zabicie tyrana, by sprawiedliwości stało się zadość. Echa kilku wątków opery znajdziemy w fabule powieści. Znamienne są wybrane przez autora słowa:
„Mówicie o ojczyźnie, lecz my jej nie mamy”[6], 
odnoszące się do wcielenia Mazur do Prus, a potem Rzeszy, oraz fragment aktu III nawiązujący do wątku miłosnego. Pisarz nie ukrywa, że ów wątek nosi cechy autobiograficzne.

Jako powieść historyczna „Mazur” ma ogromną wartość. Wiedza Jerzego Woźniaka, zgromadzone przez niego fakty, dbałość o szczegóły i realia są wręcz imponujące. Podczas lektury odnosiłam wrażenie, że wydarzenia relacjonuje naoczny świadek zdarzeń z lat 1938-1942. Nie ma takiej gazety czy drobiazgu, których tytułu, marki lub nazwy producenta autor by nie znał. Hierarchię wojskową ówczesnej niemieckiej armii ma w małym palcu, jak i wiele mało znanych a prawdziwych wydarzeń. Po topografii Mazur porusza się jak po własnym podwórku. Prości ludzie mówią mazurską gwarą, która nie stanowi dla niego bariery. Pod tym względem odbyłam wspaniałą lekcję historii Mazur w czasie II wojny światowej, lekcję, której nie ma w żadnych podręcznikach. Moja wiedza o Mazurach uległa ogromnemu poszerzeniu. Pomogły mi w tym również liczne stare fotografie odnoszące się do opisywanych wydarzeń, podpisane cytatami z książki.

Szkoda, że przy tych wszystkich zaletach autorowi nie udało się zbudować w powieści napięcia, jakiego oczekiwałam po historii szpiegowskiej. Rozpraszała mnie też bardzo duża liczba przypisów. Z jednej strony dobrze, że został umieszczone u dołu strony, z drugiej – wolałabym jednak część z nich znaleźć na końcu książki. Czym innym jest tłumaczenie zdania wypowiedzianego gwarą, a czym innym – dodatkowe szczegóły związane na przykład z konkretną gazetą (lata wydawania, tematyka etc.), rozszerzające wiedzę, ale niemające bezpośredniego wpływu na akcję. Zresztą wiele z informacji zawartych w przypisach można by powplatać w treść tak, że nie zmuszałyby do odrywania się od lektury i gubienia wątku.

Szkoda również, że autor nie zaufał inteligencji czytelnika i często niepotrzebnie tłumaczył to, co i tak wynikało z dialogu lub przedstawionej sytuacji. Ten balast spowalnia tempo akcji. Żałuję też, że zabrakło chociaż jednej mocnej sceny walki. Strzelanina w karczmie została opisana jako retrospekcja, przez co utraciła wiele z dramatyzmu, choćby dlatego, iż wiadomo było, że bohater przeżył, skoro sam wydarzenia relacjonował. Korekta i redakcja niestety przepuściły kilka literówek i jeden błąd ortograficzny. Niemniej waga zawartych w „Mazurze” realiów w dużym stopniu równoważy te mankamenty, o czym świadczy choćby obszerność moich wywodów.

Osobną sprawą jest pisownia nazw miejscowości, stopni wojskowych czy funkcji urzędowych. Mazury obecnie należą do Polski i miejscowości mają polskie nazwy, a szarże i urzędy – polskie odpowiedniki. Zawsze spotykałam się w powieściach historycznych z użyciem polskich nazw i podaniem wcześniejszej wersji, na przykład niemieckiej, w przypisie – czyli odwrotnie, niż jest w tej pozycji. Uważam, że obcojęzyczna nazwa może pojawić się jedynie w dialogu, w ustach postaci – tłumaczyłoby to jej obce pochodzenie, brak znajomości języka itp.; natomiast narracja powinna zawierać nazwy współcześnie obowiązujące, w tym wypadku polskie.

Polecam książkę miłośnikom tematyki związanej z II wojną światową, ze względu na bogaty materiał faktograficzny, oraz osobom zainteresowanym mniej znaną historią ziem należących obecnie do Polski, szczególnie historią Mazur.

---
[1] Wikipedia, hasło: Mazury.
[2] Tamże.
[3] Wikipedia, hasło: Mazurzy.
[4] Jerzy Woźniak, „Mazur”, Agencja Wydawnicza i Reklamowa Akces, 2015, s. 128.
[5] Tamże, s. 8.
[6] Fragment II aktu opery Rossiniego „Wilhelm Tell”, cyt. za: Jerzy Woźniak, dz. cyt., s. 5.


Jerzy Woźniak

Mazur
data wydania wrzesień 2015 (data przybliżona)
ISBN 9788362761104
liczba stron 392
źródło okładki oraz zdjęcia i noty o Autorze: http://www.ksiazkamazur.pl