środa, 3 lutego 2016

Pan Misio dla dzieci w każdym wieku



Od najdawniejszych dziejów słowa pisanego, a być może i przed nim, snuto opowieści, w których bohaterami były zwierzęta obdarzone ludzkimi cechami. Znajdziemy w nich mnóstwo mniej lub bardziej zawoalowanych aluzji do międzyludzkich relacji. „Pana Misia”, chociaż napisany jest prozą, postawiłabym spokojnie na półce z bajkami Ezopa, La Fontaine czy Krasickiego, gdyż wpisuje się w formę przypowieści z morałem, w której ludzkich bohaterów odgrywają zwierzęta.

Licząca prawie sto pięćdziesiąt stron książeczka, posiada kilka poziomów przekazu. Dzieci znajdą tu przygody leśnych zwierzątek, a dorośli mnóstwo dowcipnie zakamuflowanych, a funkcjonujących w naszej kulturze skojarzeń, aluzji, czy odniesień, w tym politycznych. Nie wyobrażam sobie nikogo z rodziców obecnych maluchów, czy pokolenia dziadków, kto by przeczytał tę książkę dziecku nie krztusząc się ze śmiechu i nie gratulując autorowi inwencji. Tam, gdzie dziecko będzie kibicować zwierzątkom, dorosły zobaczy układy w swojej pracy lub między dorosłymi znajomymi oraz odniesienia do starych i nowych czasów.


Jakie wartości książka „Pan Misio” ma do przekazania dzieciom, do których przecież jest adresowana? Otóż w leśnych ostępach mieszka tytułowy bohater i jest władcą Lasu. Władcą spokojnym, sprawiedliwym i niegroźnym. Stara się jak może pogodzić swoje zwierzęce instynkty z postanowieniem, aby nie krzywdzić innych istot. W Lesie mieszka również chytry i cwany Lis, prędka i rozplotkowana Wiewiórka, Basior z Waderą wychowujące młode oraz Szczur donosiciel. Jako postaci dalszego planu pojawiają się Bobry, Kura, Mysz, Borsuk, Koń, Puchacz i Świnka Morska. Zwierzęta mają ludzkie przywary, zgodnie z obecnym w tego typu bajkach kodem, a problemy, które spotykają zwierzęcych bohaterów odzwierciedlają te, z którymi może mieć do czynienia w przedszkolu lub w szkole nasza pociecha. Najważniejszą sprawą jednak jest potrzeba przyjaźni, co pięknie ujął w słowa Pan Misio:
„Ale przecież nie o jagódki chodziło. Cho­dziło o to, żeby pożerować z przyjacielem.”[1]
Prosto i pięknie autor wyjaśnia także motywy postępowania zwierząt, dając dziecku do ręki klucz do zrozumienia zachowań niektórych kolegów i koleżanek: 
Szczur był przerażony. Trzeba przyznać, że był przera­żony przez większość swego życia. To właśnie strach popychał go do ciągłego kombinowania i robienia różnych świństw. Dawało to opłaka­ne rezultaty. Nie dość, że był mały i bezradny, to jeszcze nikt go nie lubił.”[2]
Kiedy leśna społeczność staje w obliczu zagrożenia, trzeba zewrzeć szyki, porzucić stare waśnie by szukać ratunku. Czy rzeczywiście ten, kto dużo mówi, jednocześnie dużo czyni? A może to jest okazja, by któryś z bohaterów się zrehabilitował? Jakie cechy pozwolą zwierzętom uzyskać ratunek? I czemu skarbem największym okazały się stosy porzuconych na strychu książek?
Na te pytania, czytelnik mały i duży, znajdzie w książce odpowiedzi. Każdy osobne, dla siebie, a trochę odpowiedzi wspólnych, bo świat dorosłego wyrasta ze świata dziecka i aż tak bardzo się od siebie nie różnią.

Warstwa językowa jest odpowiednia dla młodego odbiorcy. Książka dodatkowo posiada walor edukacyjny, gdyż młody czytelnik wiele dowiaduje się o zwyczajach zwierząt leśnych i trochę o gospodarskich, poznaje bezboleśnie nowe słowa, choćby takie jak basior, wadera i wataha. O znaczenie kilku innych słów, zapytać będzie musiał czytającego mu dorosłego, a to jest przecież idealny początek rozmowy.

Książka zawiera także elementy wychowawcze. Zwierzęta są wobec siebie kulturalne i dbają o poprawną polszczyznę: 
Było bardzo ważne, żeby zwracać się do niego „panie Misiu”, bo jak słyszał po­ufałe „Misiu”, to się denerwował.”[3]. 
Autor swobodnie bawi się językiem i pokazuje, jak można pogodzić i klasę, i humor. Na przykład porwana przez Lisa Kura, ściśnięta między jego szczękami, woła na widok Pana Misia i Wilka:
 „– Ależ panowie…”[4]
Na koniec kilka słów na temat strony graficznej książki. Czarno-białe rysunki Dalii Żmudy-Trzebiatowskiej mają urok starych rycin, zwierzęta nie są zniekształcone, aby wyglądać bardziej słodko lub przypominać animowanych bohaterów, są prawdziwymi zwierzętami, bez wszechobecnego dzisiaj lukru.
Starania wydawcy, z którego książką stykam się po raz pierwszy, także zasługują na brawa – nie ma błędów, literówek, nic z tak powszechnego obecnie niechlujstwa.

Myślałam, że nikt już nie potrafi napisać pięknej i mądrej książki dla dzieci, starannie jej wydać ilustrując ze smakiem, że pozostanie grzebanie w antykwariatach i lamusach, by zdobyć wartościowe bajki. Jakże się cieszę, że na podobieństwo opisanego w książce strychu, gdzie przetrwały skarby w postaci książek, pojawiają się tacy autorzy jak pan Trokowicz, i takie wydawnictwa jak RW2010, którzy mają odwagę powiedzieć wszechobecnemu kiczowi oraz infantylizmowi w bajkach - „nie”.



A „Pana Misia” gorąco polecam wszystkim dzieciom w wieku od zera do stu lat!

-------
[1] Trokowicz Bartłomiej, „PAN MISIO. Czy lisy śnią o gadających kurach?”, Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2015, s. 19
[2] tamże, s. 28
[3] tamże, s. 5
[4] tamże, s. 22



Bartłomiej Trokowicz urodził się 6 maja 1972 roku w Gdańsku. Z zawodu jest grafikiem komputerowym. Zapytany o znajomość zwierzęcej natury odpowiedział: „O zwierzętach nie wiem za wiele, ot, przez 40 lat życia przylgnęło do mnie odrobinę wiedzy. Uwielbiam niedźwiedzie, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie są to przytulaśne futrzaki.”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz