sobota, 19 grudnia 2015

Biblioteczka wykształciucha czyli o klęsce urodzaju

Kiedyś każdy szanujący się inteligencki dom mógł poszczycić się porządną biblioteczką.  Książki nie tylko się miało, ale i czytało, szperało w słownikach i encyklopediach. Książki kupowało się rzadko, bo nie wydawano dobrej literatury w ilościach hurtowych. Zresztą dobra literatura nigdy nie występuje w ilościach hurtowych, według zasady, że albo ilość, albo jakość. Czytadeł było znacznie mniej na rynku niż obecnie.

Kwartet Aleksandryjski Durrella z 1972 roku, komplet  za 260zł
Wiele książek to były tanie, kieszonkowe wydania, jak raz na uczniowską czy studencką kieszeń, ale były też wydania ekskluzywne, które miały stanowić ozdobę półki. Obecne czasy nauczyły nas, że książka to towar, a jej wartość zależy od tego ile ktoś jest gotów za nią zapłacić. Bywają rzadkie, niewznawiane rarytasy, które niemal rozpadają się w rękach, a chodzą na aukcjach za nieprawdopodobne kwoty. Przykładem są zaprezentowane przeze mnie egzemplarze Kwartetu Aleksandryjskiego Lawrence'a Durrella z roku 1972. Rzecz dziwna, bo najdroższy jest pierwszy tom, "Justyna".

Kwartet za 199,99zł
"Justyna", L. Durrell, 1972r. 70zł



















Natomiast trzeci tom, "Baltazar", z roku 1972 można spotkać za 12 zł, zaś wydanie Czytelnika z serii Nike za 50-60zł. 

"Baltazar", 12 zł
"Baltazar", 49-56 zł



















Fenomen Kwartetu nie dotyczy powieści innych autorów. Wielu starych książek, nawet znajdujących się w lepszym stanie, nikt nie kupi bodaj za grosze. Mało tego! Nikt ich nie weźmie nawet za darmo! A i Kwartet z lat '70 czy '90 przestanie osiągać tak zawrotne ceny, gdy jakieś wydawnictwo go wznowi. Wydany niedawno Kwintet Awinioński tegoż autora można kupić już za 50zł. Cały.

Kwintet Awinioński L. Durrella, 50zł komplet
Ponieważ inteligenci stali się wykształciuchami, a książka towarem szeroko dostępnym, możliwym do zdobycia w promocji, na wyprzedaży, za grosze, nawet za darmensa, informacje zaś, które żmudnie wyszukiwaliśmy w słownikach czy encyklopediach znajdujemy jednym kliknięciem hasła w wyszukiwarkę, idea biblioteczki zmienia oblicze, znaczenie i sens. Książka stała się towarem, który się używa i wyrzuca tak, jak wiele innych rzeczy. Już dawno przestała być lokatą kapitału (nie mówimy o kapitale intelektualnym).

Do przemyśleń skłonił mnie post na zaprzyjaźnionym blogu Monotemy pt. 52 tygodnie czytania . Włączyłam się do komentowania wpisu. Dyskusja zbiegła się z pytaniem, który mój znajomy zadał mi na czacie o to, jaki czytnik ebooków najlepiej kupić (ponieważ wie, że takowy posiadam, zatem mogę opowiedzieć mu coś z praktyki użytkownika).

regał Decoria
Czy posiadanie czytnika uchroniło mnie od kompulsywnego kupowania książek? Zbliża się koniec roku, zatem podsumowałam tegoroczne wydatki na książki. Nie licząc wymian na fincie nabyłam za pieniądze około 60 książek, średnio jedna kosztowała mnie ok.30 złotych. Kupa kasy!
Przeczytałam z nich 13. To nawet nie jest 1/4. 
Co zatem czytałam oprócz nich? Książki zeszłoroczne i pożyczone.
Co zrobię z tymi, które kupiłam w tym roku?
Kiedyś wreszcie przeczytam. 
A co z nowymi pokusami? Przecież nie powinnam przez trzy lata kupić ani jednej książki, dopóki nie przeczytam tych, które mam!

Czy gromadzenie książek jest czymś lepszym od gromadzenia sukienek lub torebek? Nie mam pojęcia. I czy w czasach, gdy książki są dostępne na jedno kliknięcie w e-księgarni broni się wielki księgozbiór pełen starych woluminów? 
Jasne, widok półek pełnych ukochanych dzieł jest kojący, znam to i mam takie regały. Ale wiele książek, które posiadam to nie są cenne tomy, woluminy o wartości antykwarycznej, a i czytać je ciężko z powodu małej czcionki, gęstego druku, żółtego papieru etc. 

przykład aranżacji wnętrza z ksiązkami
Może idea biblioteczki współczesnego miłośnika książek to regał z tymi ukochanymi powieściami, do których się wraca, które mają swoją historię, dedykację, albo jest sto innych powodów dla których chcemy się z nimi codziennie witać, a pozostałe powinniśmy uwolnić, puścić w obieg, oddać, sprzedać, wymienić, zrobić z nimi cokolwiek, ale nie gromadzić, nie zagracać się, bo granica pomiędzy wartościowym księgozbiorem, a stosem makulatury stała się ogromnie płynna? 
Może w takim razie, skoro książka jako przedmiot traci na wartości, gdy tylko dostaniemy do ręki paragon,  powinniśmy się, jak we wszystkim, skupić na obniżeniu kosztów? Przecież żeby napić się piwa, nie kupujemy całego browaru, prawda? 
Wiem, znam stan zasobów w wypożyczalniach. Myślę o czymś pośrednim, o wypożyczalni, w której zasoby są ogromne (aczkolwiek nie wszystkie wydawnictwa z nią współpracują), a opłata za nielimitowane korzystanie to 1/5 tego, co wydałam w tym roku na papierowe tomy. 
A może powinnam wziąć udział w wyzwaniu (ktoś wie o takim?), kto przeczyta najwięcej książek w stosunku do zakupionych (czyli przeczyta pożyczone, zaległe, wydobyte skądś, albo przeczyta po kawałku w księgarni :)), byle mu koszt jednostkowy wyszedł jak najniższy?
Ktoś ma jakiś pomysł?
Na przykład kupię książki za 100 złotych, sprzedam książki z biblioteczki np. na allegro za 40 złotych, a przeczytam łącznie 120 książek, które mam w domu, pożyczyłam od znajomych, z biblioteki,  otrzymałam w prezencie, wymieniłam na fincie za te, które wystawiłam etc. to dzielę wydane 60 zł (nie ma znaczenia, czy zakupione książki przeczytałam, czy nie) na 120 i wychodzi mi 50 groszy za sztukę. Kto czyta taniej? :)

114/2015