wtorek, 4 sierpnia 2015

"I rzeczywiście" - Frank McCourt, czyli amerykański sen Franka


Drugi tom autobiografii Franka McCourta opisuje jego losy w Ameryce. Pomimo tego, że urodził się w Nowym Jorku, to właśnie kilkanaście lat dzieciństwa spędzonych w Limerick w Irlandii ukształtowało go jako człowieka. Frank za wszelką cenę nie chce stać się taki jak jego ojciec, nieodpowiedzialny i zaprzepaszczający szanse na lepszą przyszłość z powodu alkoholu. Marzy o tym, aby zarobić wystarczająco dużo, by utrzymać siebie i móc wesprzeć finansowo matkę, która pozostała w Irlandii. Przez kilka lat, dzieląc się zarobkami z rodziną i umożliwiając braciom przetrwanie, Frank pracuje ciężko w dokach, a potem zaciąga się do wojska, gdzie nie musi martwić się o byt oraz otrzymuje żołd.

Początki życia w Ameryce nie są łatwe, a irlandzka przeszłość ciągnie się jak cień. Zdradza go akcent, a wtedy wszyscy przyklejają mu łatkę katolika i pijaka, na uczelni zaś pytają o zdanie na temat irlandzkich pisarzy, o których istnieniu nie miał pojęcia. Frank jest zagubiony i nieśmiały, nie zna zwyczajów, jakie panują w nowej ojczyźnie, nie umie nawet posługiwać się przedmiotami codziennego użytku, ponieważ nigdy ich nie widział na oczy. „-Twój ręcznik jest nietknięty, więc czym się wytarłeś? [zapytał ksiądz, który udzielił gościny bohaterowi – przyp. moje] – Ręcznikiem, który jest koło wanny. – Co takiego? To nie ręcznik, tylko mata! Stajesz na niej po wyjściu spod prysznica.”[s. 21] Kto czytał pierwszy tom wspomnień, „Prochy Angeli” wie, że w domu McCourtów do wycierania się służyła stara koszula.
Frank McCourt w 2005 w sali lekcyjnej  Szkoły  Stuyvesant w Nowym Jorku.

Kiedy Frank spotyka Amerykanów irlandzkiego pochodzenia słyszy, że najlepiej zrobi, jeśli będzie się trzymał ze swoimi. Frank miota się pomiędzy rodakami, których rozumie i czuje się w ich towarzystwie swojsko (lecz przeszkadza mu ich nadmierna religijność oraz pociąg do alkoholu), a obcymi, których życiowe doświadczenia, a szczególnie dzieciństwo, są tak bardzo odmienne, że ciężko znaleźć wspólny język. „Piąta Aleja uświadamia mi moją ignorancję. Gdyby tak ożył któryś z manekinów wystawowych wystrojonych wielkanocnie i zapytał, z jakiego materiału uszyto suknię, nie umiałbym odpowiedzieć. (…) …musiałbym przyznać się manekinom, że nie odróżniam jedwabiu od bawełny. Wskazując na sukienkę, nigdy nie mogę powiedzieć, czy to satyna, czy wełna, a czułbym się kompletnie zagubiony, gdyby kazano mi określić co to jest adamaszek, a co krynolina.”[s. 344]



Pomimo braku wykształcenia Frank ma szczęście do ludzi, którzy go motywują do nauki. Nieoczekiwanie też okazuje się, że służba wojskowa pozwala Frankowi dostać się do college’u pomimo, że nie ukończył średniej szkoły. Literatura, która w Irlandii gościła w jego życiu jedynie za pośrednictwem wierszy deklamowanych przez sanitariusza w szpitalu, słuchanych sporadycznie audycji w radio oraz powieści Jonatana Swifta, którą czytał niewidomemu mężczyźnie, powoli staje się częścią jego życia. Frank kończy college i zostaje nauczycielem w szkole zawodowej, a po jakimś czasie podejmuje studia magisterskie. Uzyskał niewyobrażalny awans społeczny, na który w podzielonej na klasy Irlandii nigdy nie mógłby liczyć, snuje marzenia o dalszej drodze w górę (chciałby zostać pisarzem), a jednocześnie w tyle głowy kołaczą mu wątpliwości: „Potrafię nazwać części mszy, szaty księdza i części karabinu (…) Ale jaki jest z tego pożytek, skoro w sytuacji, gdy uda mi się zajść wyżej i będę siedział na sztywnym krześle przy stole, na którym podadzą wyszukane jedzenie, nie odróżnię jagnięcia od kaczki?”[s. 347]





w Limerick

Problem różnych wzorców kulturowych sprawia, że małżeństwo Franka nie jest w stanie przetrwać próby czasu. „Irlandzcy katolicy wychowani w slumsach nie mają nic wspólnego z miłymi dziewczynami z Nowej Anglii, które w oknach sypialni miały zasłonki, nosiły białe rękawiczki do łokci, chodziły na koncerty z sympatycznymi chłopcami, uczyły się etykiety u francuskich zakonnic (…) Wychowani w slumsach irlandzcy katolicy mogą zapamiętać powiedzenie swoich ojców: „Z pełnym żołądkiem wszystko jest poezją”.”[s. 451]

Bracia McCourt: Malachy, Alphie, Michael, and Frank
Frank pracuje jako nauczyciel  pomimo, że zarabia dużo mniej, niż doker czy inny pracownik fizyczny. Szkolnictwo jest naszpikowane biurokracją, jak mawia dyrektor szkoły – 50% nauczania to sprawa procedury. „Poradniki dla nauczycieli są tak szczegółowe i wyczerpujące, że właściwie nie potrzebuję myśleć samodzielnie.”[s. 429] A jednak dla Franka, który zaznał biedy w dzieciństwie, nie pieniądze są najważniejsze w życiu, w jego pojęciu ma ich dostatecznie dużo, lecz więzi z bliskimi. Kiedy żona postanawia posłać córkę do tzw. „lepszej szkoły”, do której chodzi inna klasa ludzi niż ta, do której oni należą, pisze: „O tak! Byli tam maklerzy giełdowi, bankierzy, inżynierowie, dziedzice starych fortun, profesorowie, położnicy. Odbywały się przyjęcia, na których pytano: a pan co robi? Kiedy odpowiadałem, że jestem nauczycielem, odwracali się.”[s. 449-450]
 

Frank McCourt był człowiekiem, któremu udało się spełnić swój amerykański sen o przysłowiowej karierze „od pucybuta do milionera”, przy czym jego pojmowanie bogactwa było zdecydowanie odmienne od tego, jak postrzegają je Amerykanie. Znał swoje ograniczenia, które były spowodowane dorastaniem w biednej Irlandii. Napisał z goryczą: „Przerastało to moje siły. Nie umiałem być mężem, ojcem, właścicielem domu z dwójką lokatorów i oficjalnym członkiem klasy średniej. Nie widziałem jak się ubrać, jak gawędzić o giełdzie na przyjęciach, jak grać w squash lub golfa, jak ściskać dłoń po męsku i patrzeć facetowi w oczy ze słowami: miło mi pana poznać.”[s. 450]
Ta gorycz, jak sądzę, towarzyszy nieustannie każdemu pokoleniu imigrantów, którzy usiłują zapuścić korzenie w nowej ojczyźnie, a pochodzenie jest obciążeniem i błogosławieństwem jednocześnie, gdy mit zderza się z rzeczywistością.
To mądra i ważna książka, szczególnie, że fala emigracji zarobkowej z Polski nie słabnie, a tylko patrzeć, jak naszymi sąsiadami zostaną imigranci z innych rejonów świata. Ta książka opowiada o tym, jak ważne są doświadczenia z dzieciństwa i równie ważne, nasze marzenia.
Polecam!



I rzeczywiście
Tłumaczenie Hanna Pawlikowska-Gannon
tytuł oryginału TIS
data wydania 2000 (data przybliżona)
ISBN 83-7227-743-5
liczba stron 471
74/2015