czwartek, 10 grudnia 2015

Rozmawiam z autorką okładek - Anną Damasiewicz - cz. 2

Anna Damasiewicz, fot. Edyta Stala
We wpisie Anna Damasiewicz ubiera książki, przedstawiłam Wam postać autorki okładek książek nie tylko patronki bloga Na tropie Agathy, ale także wielu znanych i lubianych książek innych autorów. 
Teraz zapraszam do przeczytania rozmowy 
z panią Anną Damasiewicz:

Pani_Wu: 1. Napisała Pani na blogu: „Pochodzę z rodziny z artystycznymi tradycjami. Moi rodzice malują. Ja również kształciłam się w tym kierunku. Moja córka studiuje wzornictwo przemysłowe – a więc to u nas rodzinne zamiłowanie”. Jakie szkoły musi skończyć ktoś, kto chciałby w życiu projektować okładki książek? I jak się nazywa Pani profesja?

Anna Damasiewicz: Jestem grafikiem projektantem. Taki właśnie wykonuję zawód. Sądzę, że aby się tym zajmować, nie trzeba mieć ukończonej żadnej konkretnej szkoły. Na pewno nawet dyplom jakiejś akademii nie daje gwarancji, że odniesie się sukces. To prawda, że w szkole można nauczyć się rzemiosła – przynajmniej tego, ale to tylko pierwszy mały krok. Liczą się przede wszystkim umiejętności. Moim zdaniem – albo się je ma, albo nie i nic nie będzie w stanie tego zmienić. Na te umiejętności składają się trzy elementy. Potrzebny jest talent* w dziedzinie sztuk plastycznych, wyczucie formy, koloru, proporcji, tekstury. To nie ulega kwestii. Bardzo przydatna jest wiedza, znajomość historii sztuki oraz semiotyki kultury, czyli umiejętność definiowania przekazu plastycznego w taki sposób, aby jego wizualna i emocjonalna percepcja mieściły się w systemie postrzegania rzeczywistości w określonym kręgu kulturowym, czyli żeby przekaz był lub mógł być zrozumiany przez odbiorcę. Projektant musi nieustannie doskonalić swój warsztat. Postęp technologiczny dokonuje się bardzo szybko, trzeba za nim nadążać. Umiejętności techniczne w pracy z komputerem muszą być doskonalone, dlatego nigdy nie można powiedzieć, że już się wszystko umie. Dodam jeszcze jeden element, który jest bardzo przydatny. To doświadczenie. Zdobywa się je latami, niemal bezwiednie, nie można go mylić z rutyną. A w końcu potrzebny jest łut szczęścia, które sprzyja, jak wiadomo, lepszym. 
[*wyróżnienia pani Anny Damasiewicz]

2. Okładki do książek Agathy Christie, które Pani projektowała należą do serii Klasyka Kryminału. Czy miała Pani wpływ na wygląd serii, czy musiała się Pani wpasować w gotową konwencję? Jest Pani autorką tylko części okładek z tej serii, pracowaliście w zespole. Czy każdy projektant jest wolnym strzelcem, pracuje niezależnie od pozostałych grafików?

A. D. Jeśli chodzi o Klasykę Kryminału, to ogólny layout opracował pan Mariusz Banachowicz. Jego autorstwa jest także wiele okładek z tej serii. Gdy w pewnym momencie otrzymałam zlecenie na kolejne projekty, to oczywiście musiałam konsekwentnie kontynuować przyjęte wcześniej założenia. Trzymałam się pewnych stałych elementów. O ile się nie mylę, to zaprojektowałam chyba 54 okładki w tej serii. Na podobnej zasadzie wykonywałam zlecone przez wydawnictwo Zysk i S-ka prace dla Klubu Srebrnego Klucza.
Z kolei serię Kolekcja Kryminałów Agathy Christie zaprojektowałam dla Wydawnictwa Dolnośląskiego od samego początku. Tak samo było w przypadku innych serii kryminalnych, jak np. Zabójczej serii  dla Prószyńskiego, Detektywa Murdocha, Sprawy Ignaza Brauna czy Franza Thiedke dla Oficynki, serii książek autorstwa Mari Jungstedt dla Bellony. W każdym razie praca twórcza jest pracą indywidualną, ale nie można uniknąć w niej kompromisów. W końcu wielcy artyści renesansowi także mieli ingerujących w ich działa mecenasów.

Okładki zaprojektował mój gość, pani Anna Damasiewicz, fot. Barbara Bogacka

3. Jakich technik Pani używa podczas opracowywania okładki? Wyobrażam sobie, że obecnie jest to praca przy komputerze z wykorzystaniem programu typu Corel. Czy dobrze myślę?

A. D. Tak, oczywiście, trudno sobie dziś wyobrazić pracę bez komputera. Tym bardziej, że ten sprzęt służy nie tylko do projektowania, ale także do przygotowania plików do druku. Ale nie korzystam z Corela. Wśród grafików najpowszechniej używane jest oprogramowanie amerykańskiej firmy Adobe: Photoshop, Illustrator i InDesign.
Photoshop służy do obróbki grafiki bitmapowej, czyli mówiąc z grubsza – zdjęć.
W Illustratorze tworzy się grafikę wektorową, czyli to, co kiedyś się rysowało piórkiem, ołówkiem lub kredką, malowało pędzelkiem.
W InDesignie, programie do składu, łączy się wszystkie elementy i zazwyczaj dodaje oprawę typograficzną, czyli liternictwo.
Powszechnie uznaje się, że te programy najlepiej służą w pracach graficznych. Wynika to z tego, że pierwotnie zostały stworzone dla komputerów MacIntosh. Było to w czasach, gdy istniał wyraźny podział: PC dla biur i zastosowań powszechnych, Mac dla profesjonalnych wyspecjalizowanych zadań. Dziś ta różnica właściwie się zatarła, programy Adobe działają również na pecetach. A z Corelem kojarzy mi się właściwie jedno wydarzenie. Niedawno Google w swoim doodle’u przypomniały amerykańską aktorkę Hedy Lamarr, bardzo popularną w pierwszej połowie XX wieku. Otóż w roku 1998 jej wizerunek został bezprawnie wykorzystany na opakowaniach pakietu CorelDRAW. Aktorka pozwała firmę do sądu. W końcu doszło do porozumienia stron. Za sporą sumkę Corel uzyskał wyłączne prawo do korzystania z podobizny Lamarr na okres pięciu lat. Jednak pieniądze nie posłużyły wiekowej już aktorce, która zmarła w roku 2000. To tyle o Corelu…



4. Jak się Pani pracowało nad okładkami do książek Agathy Christie? Czy zna Pani twórczość tej pisarki? Czy Pani lubi jej powieści detektywistyczne?

A. D. Okładki do książek Agathy Christie projektowałam z wielką przyjemnością. Przede wszystkim dlatego, że to jedna z moich ulubionych autorek. Jej kryminały czytałam pasjami już jako nastolatka. Urzekała mnie elegancja formy jej powieści, a zarazem żelazna konsekwencja w prowadzeniu intrygi kryminalnej. To uwielbienie dla Christie pozostało u mnie do dziś. Często, gdy czuję się zmęczona, sięgam po którąś z jej klasycznych pozycji i odpoczywam, zanurzona w lekturze, która przecież powinna być nużąca, skoro doskonale znam zakończenie. Ale wcale tak nie jest. Uwielbiam też scenerię, w jakiej toczy się akcja jej książek. Przy projektowaniu sięgałam po różne rekwizyty z tego świata pochodzące. Dzięki nim starałam się budować odpowiednią  atmosferę. Były meloniki, zegarki, książki, torebki, flakoniki z trucizną. Pomagały mi one stwarzać wrażenie, że świat powieściowy jest pozornie uporządkowany, jednak za ciemnych zakamarków wyłania się morderstwo. A poza tym Christie to klasyka, która nigdy się chyba nie znudzi. Dla grafika wyzwaniem jest praca z klasyką, bo wcześniej powstało już wiele okładek i trzeba mierzyć się z poprzednikami. Mam nadzieję, że udało mi się wypaść na tle tej konkurencji nie najgorzej.

Klasyka Kryminału, okładki autorstwa Anny Damasiewicz
5. Napisała Pani na swoim blogu: W ciągu ostatnich 7 lat zaprojektowałam blisko 800 okładek”. To jest średnio jedna okładka na trzy dni. Czy jest konieczna znajomość treści książki przez projektanta okładki, czy wystarczy, że wydawca określi oczekiwania i poda charakterystykę utworu?

A. D. To już nieaktualne dane. Tych okładek jest już co najmniej 850, jeśli nie więcej, a nieustannie powstają kolejne. Jestem szczęśliwa, że wciąż mogę opracowywać nowe projekty. Oczywiście absolutnie nie chodzi o to, żeby jakość przechodziła w ilość. Dbam jak tylko mogę o to, żeby się rozwijać, i technicznie, warsztatowo, i twórczo, kreatywnie. Tak jak trzeba aktualizować oprogramowanie komputera, tak też trzeba odżywiać i pobudzać wyobraźnię i wrażliwość. Temu służy między innymi czytanie. Pyta Pani, czy konieczne jest przeczytanie książki, do której projektuje się okładkę. Odpowiem: tak powinno być w świecie idealnym. Niestety, albo stety, nasz świat idealny nie jest. Jeśli to tylko możliwe, czytam opracowywaną książkę. Wiem, że w ten sposób zwiększam swoje szanse. Szanse na projekt jak najlepszy. Wiem to z doświadczenia. Ale nie mogę z ręką na sercu stwierdzić, że tak jest zawsze. Zdarza się, że biorą górę trywialne ograniczenia. Na przykład absolutny brak czasu bądź niesamowicie wyśrubowany przez wydawcę termin dostarczenia okładki. W takich sytuacjach muszę posiłkować się jakimiś „pomocami naukowymi”. Ale staram się przynajmniej książę przekartkować.

6. Na ile autor, jeśli to osoba żyjąca współcześnie, ma wpływ na wygląd okładki, jej styl, kolorystykę? Słowem, czy ma w ogóle jakikolwiek wpływ, czy jest to sprawa wyłącznie wydawcy.

A. D. Zawsze odczuwam wielką satysfakcję, gdy zaprojektowana przeze mnie okładka podoba się autorowi książki. Jeśli chodzi o udział autora w samym procesie, to bywa z tym bardzo różnie. Zależy to od obyczaju, jaki panuje w danym wydawnictwie, od oczekiwań tego autora, od zapisów znajdujących się w zawartej z nim umowie. Inaczej to wygląda w przypadku autorów polskich, a inaczej w przypadku tłumaczeń. W procesie oceny i doskonalenia ostatecznego projektu ze strony wydawnictwa bierze udział wiele osób. Jeśli znajduje się wśród nich autor, to w jego opinie wsłuchuję się w sposób szczególny, bo przecież nigdy nie mogę mieć absolutnej pewności, czy trafnie odczytałam zamysł, przesłanie twórcy tekstu literackiego. Moja rola jest w pewnym sensie służebna.
Zdarzało mi się, że byłam przez autorów komplementowana, nie przypominam sobie natomiast, żeby kiedykolwiek jakiś mój projekt został odrzucony właśnie z powodu negatywnej oceny autora. 
7. Książki nieznanych w Polsce autorów dzięki okładce mają szansę na znalezienie czytelników, zaistnienie na rynku. Myślę, że to musi być ogromna satysfakcja, gdy dzięki Pani okładce książka osiąga sukces. Czy zdarzyło się, że okładka Pani autorstwa wypromowała książkę i chciałaby Pani powiedzieć kilka słów na ten temat?

A. D. Nie jestem w stanie wymienić żadnego konkretnego tytułu. Nikt przecież nie bada ścisłymi metodami, w jakim stopniu walory okładki wpływają na sukces książki na rynku. Intuicyjnie nie sposób nie zgodzić się z twierdzeniem, że nawet najlepszy literat może zostać załatwiony przez marnego grafika. Jakąś miarą są, oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji, docierające do mnie opinie. Najmniej może te, które docierają do mnie bezpośrednio, bo przecież mam bardzo ograniczony kontakt z czytelnikami. Ale jeśli już w jakiejś zapowiedzi, w recenzji, na jakimś blogu okładka zostanie oceniona pozytywnie, a jeszcze lepiej, jeśli entuzjastycznie, to wtedy uważam, że dobrze wykonałam swoją pracę. Zawsze zresztą staram się najlepiej wywiązać ze swoich zadań. Nie dzielę prac na te, które muszą być dopieszczone maksymalnie i na te, które można po prostu odfajkować. Czy jest to kryminał, czy poradnik, czy ambitna literatura, zawsze podchodzę do projektu z myślą, że po pierwsze nie mogę zrobić książce krzywdy (to jak z lekarskim „po pierwsze nie szkodzić”), a po drugie, że powinnam zrobić projekt lepszy niż wszystkie poprzednie. Takie myślenie, jak do tej pory, sprawdza się, czego mam dowody. 
8. Spotkałam w Internecie bazy gotowych okładek do wykorzystania, dla zwykłych użytkowników są one darmowe, wydawnictwa, być może, muszą coś zapłacić, tego nie wiem. Widziałam w sprzedaży okładki książek stworzone przez wprowadzenie pewnych zmian stylistycznych w takiej bazowej okładce. Czy korzystanie z tego typu zasobów przez wydawnictwa jest powszechną praktyką? Jaka jest Pani opinia na ten temat?

A. D. Przyznam szczerze, że ja się z czymś takim nie spotkałam. W związku z tym nie jestem w stanie powiedzieć, na ile powszechne są tego typu działania. W każdym razie te wydawnictwa, z którymi współpracuję, raczej nie stosują tego typu zabiegów. Domyślam się, że chodzi o kolejne zbicie kosztów. Być może wykorzystują takie sposoby wydawnictwa oferujące self-publishing. Ale to tylko przypuszczenie. Natomiast moja opinia jest jednoznaczna: wykorzystywanie darmowych gotowców to ślepa uliczka. I to z kilku powodów. Po pierwsze zatraca się indywidualizm, cechy charakterystyczne, styl projektantów. Przecież okładki wykonane przez wybitnych grafików można rozpoznać z daleka i dopasować do nich nazwisko twórcy. Gotowce to sztampa i brak oryginalności. I z tym wiążę się kolejna sprawa. Przecież taka okładka bez charakteru, standardowa, nie przyciągnie oka potencjalnego czytelnika, który i tak zsypywany jest lawiną różnych bodźców. Czyli taki strzał samobójczy – nie wydamy na projekt okładki, ale w rezultacie sprzedamy mniej egzemplarzy.
Dobra okładka naprawdę może zdziałać wiele, znacząco wpłynąć na wielkość sprzedaży. Szanujący się wydawca wie o tym doskonale i nie wybierze drogi na skróty. A w końcu, gdyby praktyka korzystania ze sztanc i kalek stała się powszechna, i ja, i inni graficy stracilibyśmy źródło utrzymania. Internet to potężne narzędzie, jednak nie sprawdza się we wszystkich sytuacjach. Bo na wszystko to jest tylko szara maść.

9. Jakie jest największe marzenie grafika projektującego okładki? Co jest Everestem do zdobycia, jaka nagroda lub inny wyznacznik sukcesu, o którym Pani marzy?

A. D. Nie wiem, jakie jest największe marzenie w ogóle. Pewnie każdy ma inne. Są różne miary sukcesu dla różnych ludzi. I nie mam na myśli tutaj tylko osobowości, charakteru, ale także obiektywne okoliczności. Trzeba pamiętać, że moje prace są bardzo często wynikiem kompromisów, zatem nie tylko ja decyduję o tym, jaki jest efekt. To prawda, bardzo wiele zależy ode mnie, ale nie wszystko. Nie jest to niczym nieskrępowana twórczość, poddawana wyłącznie ocenie potomnych. Jednak miło jest, gdy wysiłek twórczy zostanie dostrzeżony i w jakimś sensie nagrodzony.
Na naszym polskim rynku książki wyrobiłam już sobie pewną markę, przestałam być anonimowa. Ale to na naszym, polskim rynku, który jest jednak niewielki. Myślę, że zupełnie nowym wyzwaniem byłaby praca dla zagranicznego wydawcy. Renomowanego, o ugruntowanej pozycji, znanego z dbałości o edytorskie wartości książek. Jest takie wydawnictwo, dla którego chciałabym pracować. Wielu polskich grafików zdobyło na świecie uznanie, więc może i mnie mogłoby się udać, kto wie? Chciałabym kiedyś projektować okładki dla wydawnictwa Penguin Books. Jak już gdzieś mierzyć, to wysoko. Na razie jednak marzenie pozostaje marzeniem. Jest jednak do czego dążyć. Dziś za miarę sukcesu uważam fakt, że wciąż mam pełne ręce roboty. Bo to przecież o czymś świadczy.

Okładki audiobooków zaprojektowane przez panią Annę Damasiewicz

10. Do jakiej książki chciałaby Pani zaprojektować okładkę, gdyby mogła Pani o tym zadecydować i dlaczego byłaby to właśnie ta pozycja?

A. D. Odpowiedź na to pytanie to niemal mission impossible. Przecież książek jest tak wiele, czasami nawet wydaje się, że zbyt wiele. Że nikt nie zdoła tego wszystkiego przeczytać. Jak to jest, że z pisania nie da się żyć, a tak wielu ludzi pisze? Sama nie wiem. Choć gdy drukuje się tak dużo książek, to nie muszę się obawiać o brak zajęcia. Poza tym ja wykonuję zlecenia, to wydawca proponuje, do jakiej książki zaprojektuję okładkę. Ale bardzo proszę, mogę podjąć taką intelektualną zabawę. Wyobrażam sobie, że mam dużo czasu i pieniędzy. I sama wybieram sobie książkę. Zupełna abstrakcja!
Dobrze, mam pewniaki. To moje ulubione książki. I przyznam, że już wyobrażałam sobie, jak mogłyby wyglądać ich okładki zrobione przeze mnie. Po pierwsze „Słownik chazarski” Milorada Paviča. Pavič to nie tak dawno zmarły pisarz serbski, bardzo mało znany w Polsce, choć jego książki zostały na polski przełożone, w tym właśnie jego debiutancki „Słownik chazarski”. Ma on podtytuł „Powieść-leksykon w stu tysiącach słów”. To niezwykłą książka, także od strony formalnej, konstrukcyjnej. Tworzą ją dwa tomy – egzemplarz męski i żeński. Treść tych tomów wydaje się identyczna. Niemal, bo różnią się jednym jedynym akapitem. Uwielbiam tę powieść, mogę ją czytać i czytać na okrągło. To znaczy zaczynając albo od męskiego, albo żeńskiego tomu. Okładka do tej książki musiałaby być magiczna. Żadnej drogi na skróty, żadnych gotowych zdjęć. Cóż, pewnie nie uda mi się jednak zrobić tego projektu.
Podobnie zresztą jak do „Czterech wezwań z przyczyny świętego Jerzego” Jaana Krossa, Estończyka, który na początku naszego wielu wymieniany był jako bardzo poważny kandydat do Nagrody Nobla. Ale kto wie, może uda się z Ursulą Le Guin i jej powieścią „Wracać wciąż do domu”? Przemawia ona do mojej wyobraźni, do mojej wrażliwości. To taka wizja przyszłości, w której się doskonale odnajduję.  Tak, te trzy okładki chciałabym zaprojektować. Oddałabym w ten sposób, mówiąc patetycznie, hołd ukochanym autorom.

Serdecznie dziękuję za rozmowę!  
Do udziału w towarzyszącym wywiadowi konkursie z nagrodami zapraszam na blog Na tropie Agathy

107/2015

2 komentarze:

  1. Robisz już czytelnicze plany na przyszły rok?
    Zapraszam Cię do mojego nowego wyzwania na 2016 - wybierasz tylko 5 książek na 12 miesięcy: http://czytelnicza-dusza.blogspot.com/2015/12/mini-czelendz-na-2016-rok.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wpis u "Agatki", już lecę do Ciebie popatrzeć. Masz zawsze świetne pomysły :)
      Pozdrawiam!

      Usuń