piątek, 28 sierpnia 2015

Wywiad z Przemkiem Żuchowskim autorem „Drogi do Domu” (oraz niespodzianka)

Przemek Żuchowski na Zbójeckich Skałach


O „znakach walońskich”, które swoim czytelnikom zostawił w książce, niezwykłym spotkaniu, które wpłynęło na kształt powieści i żonie, która wspiera – rozmawiam z Przemkiem Żuchowskim, autorem książek „Droga do Domu” księga I i II. 
*

  1. Magdalena Woźniak: Wiem, że należysz do Bractwa Walońskiego, znałeś Wielkiego Mistrza Juliusza Naumowicza. Rozumiem, że tradycje walońskie, z którymi zetknąłeś podczas spotkań Bractwa w Szklarskiej Porębie natchnęły Ciebie do napisania opowieści, której głównym bohaterem jest Walończyk. Powiedz krótko, czym jest Bractwo, jaką funkcję pełnisz w Bractwie i dlaczego Walończycy są warci poświęcenia im książki?
Przemek Żuchowski - Tak, miałem zaszczyt poznać Wielkiego Mistrza Walońskiego Juliusza Naumowicza. Był wspaniałym człowiekiem, bardzo optymistycznym, o ciepłym i otwartym sercu dla wszystkich. Często wspominam w myślach nasze rozmowy i nie będę ukrywał, że również jego nauki dla mnie, które chociaż czasami wypowiadane w kontekście dowcipów, bo był człowiekiem lubiącym żartować, to głęboko zapadły mi w pamięci.
Pytasz, czym jest Bractwo Walońskie? Ja postrzegam Bractwo, jako grupę, drużynę zaprzyjaźnionych ze sobą ludzi propagujących i stosujących się do pradawnych tradycji oraz idei walońskich, które właśnie Wielki Mistrz Waloński Juliusz Naumowicz kultywował jako zasady i styl życia. To ludzie gór, na pozór przeciętni i cisi, jednak przy bliższym ich poznaniu widać, że posiadają mocne charaktery oraz ponadprzeciętny dar optymizmu, który jak myślę bierze się z ich życiowej mądrości. 
Dużą rolę w Bractwie odgrywają Wiedźmy Walońskie, wyjątkowe i bardzo inteligentne kobiety. Wtrącę tu, co powtarzam przy każdej okazji, że należy umieć odróżnić Wiedźmy, czyli kobiety mądre, wykształcone, dobrze usposobione do ludzi i otaczającej nas natury, od czarownic, a więc kobiet zaprzyjaźnionych z siłami zła. To ogromna różnica, której obecnie wiele osób nie dostrzega.
Bractwo jest czymś więcej i innym niż powszechnie rozumiane pojęcie organizacji. Tu nie ma mowy o jakimś papierowym członkostwie, czy składkach warunkujących przynależność do Bractwa.
Jedyną i największą wnoszoną wartością, a jednocześnie także odbieraną, jest człowiek wraz ze swoją, według walońskich wymogów, właściwą moralnością. A, co do napisanych przeze mnie książek o Walonach i dlaczego właśnie o nich, to sadzę, że w powyższych słowach o Bractwie już częściowo zawarłem odpowiedź na to pytanie. Dodam może jeszcze, że niektóre fakty, z liczącej blisko dziesięć wieków historii Walończyków, są co najmniej równie fascynujące i wypełnione zagadkami, co tajemnicze dzieje chociażby Zakonu Templariuszy tyle, że te pierwsze są niemal nieznane i właśnie to powinno się zmienić. Jeżeli natomiast chodzi o moją przynależność do Sudeckiego Bractwa Walońskiego odpowiem krótko, że jestem bardzo wdzięczny i dumny, iż otrzymałem zgodę zarówno od poprzedniego Wielkiego Mistrza, jak i obecnej Wielkiej Mistrzyni na noszenie walońskich szat. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt, a że pochodzę z nizin, konkretnie z Leszna w województwie Wielkopolskim, odczuwam to również jako szczególne wyróżnienie.


  1. M. W. - A czy Ty, w głębi duszy, także czujesz się Walończykiem?
P. Ż. -  W pojęciu szacunku dla tego, kim byli i są Walonowie, co robią, jak postrzegają góry oraz całokształt przyrody z pewnością tak, ale wiem, że brakuje mi jeszcze sporo ich praktycznej wiedzy o kamieniach, czy chociażby ziołach. Oczywiście staram się to nadrobić, jednak na pewno nie mogę się równać z tymi, którzy zajmują się tym na co dzień.

  1. M. W. - Kto jest pierwowzorem głównego bohatera książki, Walona? Czy istnieje taka osoba, na której się wzorowałeś nawet, jeśli nie jest Walończykiem?
P. Ż. - Zaczynając pisać pierwszą księgę „Drogi do Domu” nie utożsamiałem pierwszoplanowego bohatera z żadnym znanym mi człowiekiem, a dzieje Walonów znałem jedynie z książek i artykułów, zarówno prasowych, jak i tych umieszczonych w Internecie. Głównie były to teksty Przemysława Wiatera, doktora historii, którego wówczas jeszcze nie znałem osobiście, a obecnie, po wielu latach już naszej znajomości uważam, mojego przyjaciela. Postać książkowego Walona kreowała jedynie wyobraźnia podpowiadająca mi, jakie cechy, zarówno fizyczne i charakterologiczne powinien w moim przekonaniu posiadać. Przyznam jednak, iż po napisaniu pierwszej księgi i poznaniu Wielkiego Mistrza Juliusza Naumowicza, ku mojemu zdziwieniu zauważyłem, że wiele z cech mojego głównego bohatera mógłbym spokojnie przypisać właśnie jemu, ale to przypadek lub jakaś siła wyższa.

  1. M. W. - Odkryłam rzecz niesłychaną. Otóż w Księdze Drugiej pojawia się jegomość, który nosi kolorowe, jedwabne kamizelki i deklamuje wiersze. Tymczasem na okładce „Księgi Ducha Gór” Carla Hauptmanna znajduje się taki opis autora: „Carl - Rübezahl, jak go żartobliwie przezywali przyjaciele, przez wiele lat żył skromnie, często po uszy tkwiąc w długach, a jedynym luksusem, na jaki sobie pozwalał, były jedwabne, wzorzyste kamizelki.” Natomiast zmarły w 1810 roku Gottfried Zenker był zbieraczem ziół i wytwórcą skrzypiec. Przemku, ile takich aluzji ukryłeś w swoich powieściach? Jak czytelnicy mogą je wytropić?
P. Ż. - Gratuluje Magdo wyjątkowej spostrzegawczości i jestem zachwycony, że ktoś tak drobiazgowo studiuje „Drogę do Domu”. Tak, w obydwóch księgach posłużyłem się, może nie aluzjami, ale odniesieniami, takimi drogowskazami, czy „znakami walońskimi”, dzięki którym wnikliwy czytelnik ma trafić, niejako po sznurku, do skarbca z wiedzą, której jeśli nie posiada, to sięgnie po nią ze zwykłej ciekawości. Te znaki nie są przeznaczone dla każdego, bo aby je odkryć, trzeba już co nieco wiedzieć, ale jeśli ktoś trafi na trop, to dociekliwość zapewne rozszerzy jego horyzont informacji o tamtych czasach, ludziach i ówczesnych Górach Olbrzymich. Dla mnie pisanie książek jest przyjemnością, więc dlaczego nie urozmaicić tego dodatkową zabawą? Prawda, że głównie moją własną, bo zapewne wielu tajemnic tekstu „Drogi do Domu” nikt nigdy nie rozwikła, no… może poza moją żoną, której o nich powiedziałem, ale mogę potwierdzić, że one tam są. Ciekawa jesteś jak można je wytropić? Cóż… odpowiem pytaniem: – czy Walon szukając drogi do skarbca dokładnie wiedział, jak ma odczytywać znaki walońskie?

  1. M. W. - Teraz mnie jeszcze bardziej zaintrygowałeś! Powiedziałeś mi kiedyś w prywatnej rozmowie, że spotkałeś osobiście Ducha Gór. Czy zdradzisz coś więcej na temat tego spotkania?
P. Ż. -  Kurczę…, wiedziałem, że o to zapytasz. Przeczuwałem, ale trudno, powiedziałem „a”, pora powiedzieć „b”. To bardzo dziwne dla mnie zdarzenie miało miejsce pięć lat temu, mniej więcej w tym czasie, kiedy powstał pomysł napisania książki o górach. Wtedy był szczątkowy i jeszcze nie myślałem, aby tekst urozmaicić postacią Ducha Gór. Do dzisiaj się zastanawiam, czy to przypadek, zbieg okoliczności, czy może coś więcej, że tak się stało. Będąc z moją żoną na szlaku, konkretnie w okolicach przełęczy Okraj, pierwszy i jedyny jak do tej pory raz pomyliłem drogę powrotną. Zgubiła mnie pewność siebie, czyli zwyczajna ludzka głupota, do której muszę się przyznać, ku przestrodze innym myślącym, że znają góry jak własną kieszeń i nie może się im przytrafić nic, co ich zaskoczy. Z przełęczy kierowaliśmy się do Karpacza. Mieliśmy spore opóźnienie, a wieczór zbliżał się nader szybko, więc zdecydowaliśmy się na skrócenie drogi. Trudno mi zrozumieć, jak po blisko dwudziestu latach wędrówek, po bardziej i mniej znanych górskich ścieżynach mogłem się pomylić, ale stało się. Zapadła noc i to wyjątkowo ciemna, bez gwiazd, i księżyca. Na szczęście było ciepło i nie zanosiło się na deszcz. Zwolniliśmy marsz, aby przypadkiem, któreś z nas jeszcze na domiar złego nie skręciło nogi i zadecydowaliśmy o zejściu do Kowar. Jedynym naszym drogowskazem był kompas. Po dobrej godzinie brnięcia przez lasy najeżone wystającymi z ziemi kamieniami doszliśmy do jakiegoś rozwidlenia pięciu dróg. Tu całkowicie zwątpiłem w moją znajomość topografii i umiejętność posługiwania się kompasem; nie miałem pojęcia gdzie jesteśmy. Przyznam, że już myśleliśmy o szykowaniu noclegu w trawie, gdy niespodziewanie z gęstwiny wyłonił się człowiek. Łysy mężczyzna w wieku blisko sześćdziesięciu lat, podpierający się kijem, a z ramienia zwisał mu plecak. Jegomość był wyjątkowo spokojny, czego nie mogę powiedzieć o nas. Ciemna noc, bezludzie, nie wiemy gdzie jesteśmy, a tu z głębi lasu wychodzi ktoś, kto może mieć wobec nas różne zamiary.
Zatrzymał się na moment i jakby od niechcenia zapytał, dokąd idziemy. Powiedzieliśmy, że do Kowar, ale niestety pogubiliśmy drogę. Odpowiedział tylko jedno zdanie, że mamy iść za nim. Cóż było robić, zaryzykowaliśmy i ku naszemu zadowoleniu zaledwie po dwudziestu minutach, wprawdzie bardzo stromego zejścia, ale staliśmy już na przystanku autobusowym w Kowarach. Oczywiście podziękowaliśmy za pomoc i obdarowaliśmy go monetą, jak winno się czynić przewodnikowi, jednak myśli po głowie biegały różne i do tej pory biegają. Po powrocie do Karpacza już wiedziałem, że Duch Gór musi się pojawić w mojej „Drodze do Domu”. Dziś po raz pierwszy opowiedziałem tą przygodę publicznie i mimo iż dla wielu może brzmieć niewiarygodnie, zapewniam, że wydarzyła się naprawdę.

  1. M. W. - Dziękuję Ci, że zgodziłeś się opowiedzieć tę historię. Jestem pewna, że wielu ludziom zdarzyły się takie magiczne sytuacje w górach, lub w życiu. Nie chcemy o nich opowiadać, bo nauczono nas, że wszystko musi mieć racjonalne wyjaśnienie.  W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „Droga do Domu” miała „być pierwotnie opowieścią tylko dla moich znajomych”. Dla kogo pisałeś książkę? Wielka musi być siła przyjaźni, żeby w imię jej dokonać tak ogromnego dzieła.
P. Ż. -  Dzieła? Och… Magdo, bardzo Ci dziękuję, ale to przesada. Wiem, obydwie książki się podobają, z czego bardzo się cieszę, jednak proszę mówmy o nich jako o powieściach, a nie o dziełach. Wstępnie zamierzałem napisać coś na kształt fabularyzowanego przewodnika i to jak już wspomniałaś wyłącznie dla moich znajomych z Leszna i okolic. Bywało, że podczas prywatnych spotkań przy kawie lub grillu, rozmawialiśmy o Karkonoszach czy Górach Izerskich i zadano mi pytanie, dlaczego niemal przez dwadzieścia lat, każdy wolny czas spędzamy wraz z żoną właśnie tam, skoro jak te osoby twierdziły, one już po kilku dniach pobytu w Szklarskiej Porębie widziały wszystkie atrakcje tego regionu. Dla mnie było jasnym, że nie wiedzieli, co mówią i zamierzałem to udowodnić przedstawiając im miejsca, do których nie dotarli, a te niby przez nich poznane opisać trochę szerzej niż jest to zawarte w powszechnie dostępnych
informatorach. Przewodnikiem po górach miał być wilk znający zakamarki tamtego rejonu, ale nasza przygoda z tajemniczym człowiekiem, o którym wspomniałem poprzednio sprawiła, że pomyślałem jeszcze o Duchu Gór, a potem o Walonach, których historia jest tam namacalna niemal na każdej skale. Zbierałem materiały, dodawałem swoje notatki oraz odrobinę wyobraźni i zrobiło się z tego tyle stron, że zamiast broszury powstała książka. Tekst skonsultowałem z Przemysławem Wiaterem, będąc u niego z prośbą o autograf do jego nowej książki, a on jako historyk i zarazem Walończyk, potwierdził, że tym, co napisałem warto zainteresować wydawnictwo AD REM. Po kilku miesiącach moja pierwsza powieść trafiła na rynek. Ot i prawie cała genealogia „Drogi do Domu”.
  1. M. W. - Kto Ci opowiadał w dzieciństwie bajki przed snem? A może czytał?
P. Ż. - Głównie pamiętam moją babcię ze strony mamy, ale ona nie czytała mi bajek, lecz je opowiadała, a jeśli chodzi o bajki czytane, to mama. Tato natomiast, zaszczepił we mnie wrażliwość do lasu, zwierząt i wszelkiej natury. Tak, to jemu zawdzięczam przekonanie, że w przyrodzie zawarte są odpowiedzi na niemal wszystkie nurtujące nas pytania. Z zasady, masz problem i nie wiesz jak go rozwiązać, zapytaj lasu, strumieni, zwierząt. Tylko, że masz to widzieć, a nie jedynie patrzeć. Stąd właśnie w obydwóch księgach pewne rady i wskazówki, co do właściwej według mnie życiowej postawy, które zawarłem również w opisach przyrody. Proszę tylko spojrzeć na te opisy nie jedynie przez pryzmat urokliwego miejsca, a okiem takiego trochę, filozofa.

  1. M. W. - Twoje książki napisane są bardzo charakterystycznym stylem, jakiego nie spotkałam nigdy u żadnego pisarza. Mam wrażenie, że za pośrednictwem książki uchyliłeś drzwi do swojej duszy. Czy podejmowałeś wcześniej próby pisarskie? Może jakiś dziennik, pamiętnik?
P. Ż. - Zacznę od końca. Nie, nigdy nie spisywałem moich codziennych przeżyć, aby po latach móc do nich zajrzeć i powspominać. Pisząc pamiętnik trzeba umieścić w nim wszystko, więc zarówno zdarzenia przyjemne, jak i te dokuczliwe, a ja wolę mieć w głowie jedynie te pierwsze. Resztę staram się usuwać z pamięci. Co do prób napisania książki, to owszem podjąłem taką jakieś dwadzieścia lat temu, ale niestety, mimo iż znane wydawnictwo wstępnie oceniło mój tekst pozytywnie, wkrótce otrzymałem informację, że jednak nie będzie druku. Uznano…, pamiętam to dla mnie dziwaczne określenie…, że książka nie budzi
nadziei komercyjnej.
Od tamtej pory, aż do „Drogi do Domu” nie napisałem nic więcej, a odrzucony tekst wylądował w szufladzie, gdzie spoczywa aż do dzisiaj. Twierdzisz Magdo, że moje książki są napisane charakterystycznym stylem. Ja nie jestem przekonany, czy po dwóch książkach można już mówić o stylu pisania. Pewnie chciałbym, aby tak było, bo to poniekąd sygnatura na namalowanym obrazie, ale poczekam, czy po przeczytaniu tego, co piszę obecnie, jeżeli oczywiście zostanie wydane, nie zmienisz zdania. Zgodzę się jednak, że w „Drodze do Domu” otworzyłem niejako drzwi do swojej duszy. Myślę, że każdy, kto pisze książki, a nie korzysta z jakichś szablonów, czy szczegółowych planów, zostawia między wierszami cząstkę siebie. Chyba nie da się inaczej.

  1. M. W. - Przemku, dowiedziałam się, że korektorzy mają problem podczas pracy nad Twoją książką. Polega to na tym, że tak wciąga ich treść, że nie patrzą na przecinki i muszą czytać kolejny raz. Podczas pracy nad wznowieniem korektorka była tak wzruszona, że się popłakała nad losem bohaterów, a przecież nie jest to sentymentalny wyciskacz łez. Używasz czarów? Możesz to jakoś skomentować? :)
P. Ż. - Tak Magdo, używam czarów i wszelkich możliwych tajemnych sił. To oczywiście żart, bo jedyna magia, która mi towarzyszyła podczas pisania „Drogi do Domu”, to była magia Szklarskiej Poręby, Karkonoszy i Gór Izerskich, a konkretnie obrazów z tamtych miejsc, zatrzymanych w mojej pamięci. Chyba, że miał z tym coś wspólnego jeszcze Duch Gór, ale to już Jego musisz się o to zapytać. Bardzo sympatycznie usłyszeć od korektorów, że pochłonięci losem bohaterów mają problem ze skupieniem się nad interpunkcją, a to, co powiedziała mi Pani Sandra ma dla mnie ogromną wartość. Nie wyjawię, co to było i jak brzmiały słowa, ale zdradzę, że po tym telefonie przez długi czas zastanawiałem się, czy nie przerwać pracy nad obecnie pisana książką i zabrać się za trzecią księgę „Drogi do Domu”. Pani Sandro, jeszcze raz Pani dziękuję. Dała mi Pani solidnego, pozytywnego „kopa”.

  1. M. W. - Co się zmieniło w Twoim życiu po napisaniu i wydaniu obu ksiąg „Drogi do Domu”? Czy postrzegasz siebie tak samo jak dawniej? A rodzina i przyjaciele?
P. Ż. - Przecież jedyne, co udało mi się zrobić, to pokazać czytelnikom, jak inaczej niż poprzez przewodniki turystyczne można postrzegać wiadome góry, ich historię i dzieje Walonów.
Pewnie, cieszy, kiedy czytelnicy do mnie piszą, czy nawet dzwonią z całej Polski i nie tylko, bo zdarzyło mi się odebrać również maila z Niemiec i rozmawiać za pomocą skype’a z czytelniczką ze Stanów Zjednoczonych, ale na pewno nie zmieni to mojego podejścia do życia i ludzi. Rodzina i przyjaciele, wiadomo, szczerze zachwyceni, i zaskoczeni, bo na przykład mój brat, mimo iż spotykamy się na co dzień, dowiedział się o wydaniu pierwszej księgi z lokalnej prasy. Przyznam, trochę mi się wtedy dostało, na szczęście w znaczeniu pozytywnie żartobliwym. Co do przyjaciół oraz znajomych, to bywało różnie… Padały pytania, dlaczego Szklarka Poręba, a nie Leszno i jak to w ogóle możliwe, że napisałem książkę nie będąc zawodowym humanistą? Jednak w zdecydowanej większości, odczułem szczere zadowolenie i gratulacje.

  1. M. W. - Pracujesz zawodowo i w dodatku w postaci dyżurów. Trudno więc o uregulowany tryb życia i pisania. Jak sobie radzisz z prozą życia i znajdujesz czas na pisanie? Ołówek i zeszyt czy komputer? Jak wygląda Twoje miejsce pracy pisarskiej?
P. Ż. -  Czasu na pisanie mam rzeczywiście niewiele, a stworzenie książki, to przecież nie tylko układanie zdań. Dużo trzeba przemyśleć, sprawdzić, zebrać dodatkowe materiały i niekiedy jeszcze skonsultować na przykład fakty historyczne z osobami w tym zakresie bardziej kompetentnymi ode mnie. Zresztą, sama wiesz ile to wszystko dookoła pochłania czasu, bo też napisałaś opowiadanie, które zostało wydane drukiem. Może zabrzmi to śmiesznie, ale bywa, że piszę fragment tekstu na kolanie czekając w samochodzie na żonę, która robi w markecie zakupy. Z księgą pierwszą było mi dużo prościej, gdyż miałem sporo notatek z wieloletnich wędrówek po górach. Opisy miejsc, zjawisk atmosferycznych, czy nawet pojedynczych skał lub drzew. Te były prawie gotowe.
Przy tworzeniu drugiej księgi materiał zbierałem praktycznie na bieżąco, bo chcę tu wspomnieć, iż niemal każdą ścieżkę, którą przeszedł mój główny bohater przemierzyłem osobiście na własnych nogach. Zdarzało się też, jak na przykład przy konstruowaniu bitwy Walona i jego sąsiadów ze zbójnikami, że po nocnym dyżurze dzwoniłem do mojego kolegi, bo on zazwyczaj jest chętny na takie wyprawy, i wsiadaliśmy w samochód żeby pokonać dwieście kilometrów celem dokładniejszego przyjrzenia się opisywanemu miejscu.
Oczywiście za każdym razem, podkreślę za każdym razem towarzyszyła mi moja żona, która dbała o ekwipunek i służyła radą. Na moim profilu Facebooka są zdjęcia, kiedy krążymy pomiędzy Zbójeckimi Skałami i wyszukujemy czegoś szczególnego, co można by wykorzystać w tekście. Odręczne notatki to podstawa, a później oczywiście komputer. Nie używam laptopa, zwyczajnie takiego nie posiadam, piszę korzystając z komputera stacjonarnego i… litrów mocnej czarnej kawy.

  1. M. W. - Pytanie, na które czekają czytelnicy Twoich książek – kiedy pojawi się III Księga „Drogi do Domu”?
P. Ż. - Cieszę się, że czytelnicy czekają, słyszę to na niemal każdym kroku, ale niestety musi jeszcze trochę wody upłynąć w Kamiennej. Pierwotnie miała być tylko jedna księga, ale po docierających do mnie zewsząd namowach napisanie drugiej części stało się dla mnie marzeniem, o czym wspomniałem podczas premierowego spotkania autorskiego w Szklarskiej Porębie. Marzeniem, które się spełniło już po półtora roku. Trzecia księga nie jest marzeniem, ona na pewno powstanie, mam już nawet jej ogólny zarys, jednak najpierw trzeba dokończyć coś, co piszę obecnie. Sądzę, że ta książka, jeżeli się ukaże, będzie sporym zaskoczeniem dla tych, którzy czytali „Drogę do Domu”, zarówno pod względem stylu, jak i tematyki. To współczesna ciepła sensacja z dużą dawką przygód, głęboko dotykająca ludzkiej świadomości, uczuć i przedziwnych sekretów naszego mózgu. W tle fabuły jest moje rodzinne Leszno, Kościan oraz Szklarska Poręba i Jelenia Góra, a głównymi bohaterami jest troje przyjaciół i uprowadzone przez nich dziecko. Dziecko, które nosi w sobie tyle tajemnic, że wystarczyłoby na całą serię książek. Wracając jednak do trzeciej księgi „Drogi do Domu” przypuszczam, że zacznę ją pisać pod koniec tego roku.

M. W. - Dziękuję Ci bardzo za rozmowę. 

A teraz mamy niespodziankę! Dla chętnych osób do rozlosowania są dwa egzemplarze książki Przemka Żuchowskiego „Droga do Domu”, Księga I, wydanie drugie, z autografem Autora.



Proszę o zgłaszanie chęci udziału w losowaniu, wraz z podaniem adresu e-mail, do dnia 
6 września 2015 roku, do godziny 23:59
pod tym postem.

Wszystkich czytelników, którzy mieszkają w pobliżu Jeleniej Góry, serdecznie zapraszamy na spotkanie z Przemysławem Żuchowskim, autorem książki "Droga do Domu", czyli opowieści w dwóch księgach o poszukiwaczach skarbów, tajemnicach ukrytych pośród Gór Olbrzymich, znakach walońskich, magii, legendach i rzeczywistości XVII wieku na terenach, którymi włada Duch Gór i dzika przyroda, pełna piękna, fantazji i sprytu.
Zapraszamy 9 września (środa) 2015 roku na godzinę 17.00 do Książnicy Karkonoskiej (ul. Bankowa 27 w Jeleniej Górze), do małej sali konferencyjnej Szlaku Sztuki (parter).
Wstęp wolny.                                                      

Spotkanie poprowadzi Sandra Nejranowska
Organizator: Wydawnictwo Ad Rem i Książnica Karkonoska
  

83/2015 

16 komentarzy:

  1. Fajny wywiad!
    Intrygująca historia z tym bractwem walońskim w górach. Coś o tym czytałam kiedyś w "Czwartym Wymiarze", pamiętam, że był tam artykuł o wiedźmach walońskich, jeszcze pamiętam piękne zdjęcia.
    Chętnie bym przeczytała książkę pana Żuchowskiego.
    W związku z ogłoszeniem losowania, podaję mejla: mariaorzeszkowa@gmail.com
    Może dopisze mi szczęście? :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawa rozmowa... Przyznaję, że po raz pierwszy o Walonach co nieco usłyszałam w książce Małgorzaty Lutowskiej. Ich historia jest osnuta gęstą mgłą, a przez to - jest prawdziwie romantyczna...Karkonosze i Góry Izerskie kryją tyle fascynujących tajemnic... Wierzę w "dobrego ducha" gór, bo i mnie przytrafiło się coś podobnego (w Tatrach). Z wywiadu wyłania się postać człowieka ogarniętego pasją. To bardzo pozytywne:)
    Zgłaszam się do losowania: urbanczyk.aleksandra@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowity wywiad!
    Chyba jeden z lepszych jakie widziałam na blogsferze! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, zwłaszcza, że jesteś osobą, która ma w przeprowadzaniu wywiadów doświadczenie. Czy weźmiesz udział w losowaniu książki?

      Usuń
    2. Gdzie tam - wciąż się uczę ;)
      Ale gdy czytam podobne wywiady, wiem, że jeszcze wiele przede mną nauki :D

      Z przyjemnością!
      Zgłaszam się do wziącia udziału w losowaniu!
      krytykbook@gmail.com

      Usuń
  4. Świetny wywiad. Chyba musiałaś sporo wiedzieć o autorze i to czuć w każdym pytaniu. Rewelacyjne odpowiedzi, doprowadziły mnie do jednego wniosku, a raczej pytania: dlaczego ja jeszcze nie przeczytałam tych książek.

    Oczywiście startuję do egzemplarza z autografem. Przy okazji dziękuję za zaproszenie do tego konkursu.
    monweg@wp.pl
    Pozdrawiam Pana Przemka i Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo interesujący wywiad. Z przyjemnością go przeczytałam.
    I chętnie wezmę udział w losowaniu książki.
    Pozdrawiam!
    kryniame@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję Magdo za zaproszenie mnie do udzielenia wywiadu oraz dziękuję również wszystkim zainteresowanym za miłe komentarze. Pozdrawiam Was Serdecznie i zapraszam na FB, na stronę "Drogi do Domu" i stronkę prywatną. :)
    Przemek Żuchowski
    https://www.facebook.com/przemek.zuchowski.39
    https://www.facebook.com/pages/Droga-do-Domu-Przemysław-Żuchowski/300550570091707

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj, tak wiele miejsc bywa przepełnionych magią. Rzetelny wywiad :)
    Zglaszam się po egzemplarz: klaudiaannacebula@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. Się także dopiszę
    Może szczęście mi dopisze

    malorl3@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Zgłaszam swój udział w losowaniu.
    renax79@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. Z chęcią przeczytam tę książkę, więc zgłaszam swój udział w konkursie.
    katja.tomczyk@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetny wywiad! I do tego tematyka jakże mnie interesująca! Ślady Walonów spotykamy na każdym kroku w naszych rodzimych terenach. A że "wiedźmy to od wiedzy" - czytam/słyszę po raz kolejny już i stwierdzam, że taką wiedźmą to i nawet chciałabym być :D

    Co do losowania - jestem jak najbardziej chętna: inka142@vp.pl :) I może nawet uda mi się przybyć na spotkanie do Książnicy, bo widzę, że zapowiada się naprawdę interesująco.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. Ciekawie to wygląda. Chętnie przeczytam. :)
    danutinka gmail com

    OdpowiedzUsuń
  13. Ciekawy wywiad :)
    Tak przy okazji - niedawno czytałam książkę Moniki Szwai "Matka wszystkich lalek" w której główna bohaterka wędrując po Karkonoszach trafia do walońskiej osady/skansenu.

    A książkę pana Przemysława bym poczytała...
    anek7@poczta.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziękuję za książkę. Przyszła wczoraj.

    OdpowiedzUsuń