piątek, 28 sierpnia 2015

Wywiad z Przemkiem Żuchowskim autorem „Drogi do Domu” (oraz niespodzianka)

Przemek Żuchowski na Zbójeckich Skałach


O „znakach walońskich”, które swoim czytelnikom zostawił w książce, niezwykłym spotkaniu, które wpłynęło na kształt powieści i żonie, która wspiera – rozmawiam z Przemkiem Żuchowskim, autorem książek „Droga do Domu” księga I i II. 
*

  1. Magdalena Woźniak: Wiem, że należysz do Bractwa Walońskiego, znałeś Wielkiego Mistrza Juliusza Naumowicza. Rozumiem, że tradycje walońskie, z którymi zetknąłeś podczas spotkań Bractwa w Szklarskiej Porębie natchnęły Ciebie do napisania opowieści, której głównym bohaterem jest Walończyk. Powiedz krótko, czym jest Bractwo, jaką funkcję pełnisz w Bractwie i dlaczego Walończycy są warci poświęcenia im książki?
Przemek Żuchowski - Tak, miałem zaszczyt poznać Wielkiego Mistrza Walońskiego Juliusza Naumowicza. Był wspaniałym człowiekiem, bardzo optymistycznym, o ciepłym i otwartym sercu dla wszystkich. Często wspominam w myślach nasze rozmowy i nie będę ukrywał, że również jego nauki dla mnie, które chociaż czasami wypowiadane w kontekście dowcipów, bo był człowiekiem lubiącym żartować, to głęboko zapadły mi w pamięci.
Pytasz, czym jest Bractwo Walońskie? Ja postrzegam Bractwo, jako grupę, drużynę zaprzyjaźnionych ze sobą ludzi propagujących i stosujących się do pradawnych tradycji oraz idei walońskich, które właśnie Wielki Mistrz Waloński Juliusz Naumowicz kultywował jako zasady i styl życia. To ludzie gór, na pozór przeciętni i cisi, jednak przy bliższym ich poznaniu widać, że posiadają mocne charaktery oraz ponadprzeciętny dar optymizmu, który jak myślę bierze się z ich życiowej mądrości. 
Dużą rolę w Bractwie odgrywają Wiedźmy Walońskie, wyjątkowe i bardzo inteligentne kobiety. Wtrącę tu, co powtarzam przy każdej okazji, że należy umieć odróżnić Wiedźmy, czyli kobiety mądre, wykształcone, dobrze usposobione do ludzi i otaczającej nas natury, od czarownic, a więc kobiet zaprzyjaźnionych z siłami zła. To ogromna różnica, której obecnie wiele osób nie dostrzega.
Bractwo jest czymś więcej i innym niż powszechnie rozumiane pojęcie organizacji. Tu nie ma mowy o jakimś papierowym członkostwie, czy składkach warunkujących przynależność do Bractwa.
Jedyną i największą wnoszoną wartością, a jednocześnie także odbieraną, jest człowiek wraz ze swoją, według walońskich wymogów, właściwą moralnością. A, co do napisanych przeze mnie książek o Walonach i dlaczego właśnie o nich, to sadzę, że w powyższych słowach o Bractwie już częściowo zawarłem odpowiedź na to pytanie. Dodam może jeszcze, że niektóre fakty, z liczącej blisko dziesięć wieków historii Walończyków, są co najmniej równie fascynujące i wypełnione zagadkami, co tajemnicze dzieje chociażby Zakonu Templariuszy tyle, że te pierwsze są niemal nieznane i właśnie to powinno się zmienić. Jeżeli natomiast chodzi o moją przynależność do Sudeckiego Bractwa Walońskiego odpowiem krótko, że jestem bardzo wdzięczny i dumny, iż otrzymałem zgodę zarówno od poprzedniego Wielkiego Mistrza, jak i obecnej Wielkiej Mistrzyni na noszenie walońskich szat. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt, a że pochodzę z nizin, konkretnie z Leszna w województwie Wielkopolskim, odczuwam to również jako szczególne wyróżnienie.


  1. M. W. - A czy Ty, w głębi duszy, także czujesz się Walończykiem?
P. Ż. -  W pojęciu szacunku dla tego, kim byli i są Walonowie, co robią, jak postrzegają góry oraz całokształt przyrody z pewnością tak, ale wiem, że brakuje mi jeszcze sporo ich praktycznej wiedzy o kamieniach, czy chociażby ziołach. Oczywiście staram się to nadrobić, jednak na pewno nie mogę się równać z tymi, którzy zajmują się tym na co dzień.

  1. M. W. - Kto jest pierwowzorem głównego bohatera książki, Walona? Czy istnieje taka osoba, na której się wzorowałeś nawet, jeśli nie jest Walończykiem?
P. Ż. - Zaczynając pisać pierwszą księgę „Drogi do Domu” nie utożsamiałem pierwszoplanowego bohatera z żadnym znanym mi człowiekiem, a dzieje Walonów znałem jedynie z książek i artykułów, zarówno prasowych, jak i tych umieszczonych w Internecie. Głównie były to teksty Przemysława Wiatera, doktora historii, którego wówczas jeszcze nie znałem osobiście, a obecnie, po wielu latach już naszej znajomości uważam, mojego przyjaciela. Postać książkowego Walona kreowała jedynie wyobraźnia podpowiadająca mi, jakie cechy, zarówno fizyczne i charakterologiczne powinien w moim przekonaniu posiadać. Przyznam jednak, iż po napisaniu pierwszej księgi i poznaniu Wielkiego Mistrza Juliusza Naumowicza, ku mojemu zdziwieniu zauważyłem, że wiele z cech mojego głównego bohatera mógłbym spokojnie przypisać właśnie jemu, ale to przypadek lub jakaś siła wyższa.

  1. M. W. - Odkryłam rzecz niesłychaną. Otóż w Księdze Drugiej pojawia się jegomość, który nosi kolorowe, jedwabne kamizelki i deklamuje wiersze. Tymczasem na okładce „Księgi Ducha Gór” Carla Hauptmanna znajduje się taki opis autora: „Carl - Rübezahl, jak go żartobliwie przezywali przyjaciele, przez wiele lat żył skromnie, często po uszy tkwiąc w długach, a jedynym luksusem, na jaki sobie pozwalał, były jedwabne, wzorzyste kamizelki.” Natomiast zmarły w 1810 roku Gottfried Zenker był zbieraczem ziół i wytwórcą skrzypiec. Przemku, ile takich aluzji ukryłeś w swoich powieściach? Jak czytelnicy mogą je wytropić?
P. Ż. - Gratuluje Magdo wyjątkowej spostrzegawczości i jestem zachwycony, że ktoś tak drobiazgowo studiuje „Drogę do Domu”. Tak, w obydwóch księgach posłużyłem się, może nie aluzjami, ale odniesieniami, takimi drogowskazami, czy „znakami walońskimi”, dzięki którym wnikliwy czytelnik ma trafić, niejako po sznurku, do skarbca z wiedzą, której jeśli nie posiada, to sięgnie po nią ze zwykłej ciekawości. Te znaki nie są przeznaczone dla każdego, bo aby je odkryć, trzeba już co nieco wiedzieć, ale jeśli ktoś trafi na trop, to dociekliwość zapewne rozszerzy jego horyzont informacji o tamtych czasach, ludziach i ówczesnych Górach Olbrzymich. Dla mnie pisanie książek jest przyjemnością, więc dlaczego nie urozmaicić tego dodatkową zabawą? Prawda, że głównie moją własną, bo zapewne wielu tajemnic tekstu „Drogi do Domu” nikt nigdy nie rozwikła, no… może poza moją żoną, której o nich powiedziałem, ale mogę potwierdzić, że one tam są. Ciekawa jesteś jak można je wytropić? Cóż… odpowiem pytaniem: – czy Walon szukając drogi do skarbca dokładnie wiedział, jak ma odczytywać znaki walońskie?

  1. M. W. - Teraz mnie jeszcze bardziej zaintrygowałeś! Powiedziałeś mi kiedyś w prywatnej rozmowie, że spotkałeś osobiście Ducha Gór. Czy zdradzisz coś więcej na temat tego spotkania?
P. Ż. -  Kurczę…, wiedziałem, że o to zapytasz. Przeczuwałem, ale trudno, powiedziałem „a”, pora powiedzieć „b”. To bardzo dziwne dla mnie zdarzenie miało miejsce pięć lat temu, mniej więcej w tym czasie, kiedy powstał pomysł napisania książki o górach. Wtedy był szczątkowy i jeszcze nie myślałem, aby tekst urozmaicić postacią Ducha Gór. Do dzisiaj się zastanawiam, czy to przypadek, zbieg okoliczności, czy może coś więcej, że tak się stało. Będąc z moją żoną na szlaku, konkretnie w okolicach przełęczy Okraj, pierwszy i jedyny jak do tej pory raz pomyliłem drogę powrotną. Zgubiła mnie pewność siebie, czyli zwyczajna ludzka głupota, do której muszę się przyznać, ku przestrodze innym myślącym, że znają góry jak własną kieszeń i nie może się im przytrafić nic, co ich zaskoczy. Z przełęczy kierowaliśmy się do Karpacza. Mieliśmy spore opóźnienie, a wieczór zbliżał się nader szybko, więc zdecydowaliśmy się na skrócenie drogi. Trudno mi zrozumieć, jak po blisko dwudziestu latach wędrówek, po bardziej i mniej znanych górskich ścieżynach mogłem się pomylić, ale stało się. Zapadła noc i to wyjątkowo ciemna, bez gwiazd, i księżyca. Na szczęście było ciepło i nie zanosiło się na deszcz. Zwolniliśmy marsz, aby przypadkiem, któreś z nas jeszcze na domiar złego nie skręciło nogi i zadecydowaliśmy o zejściu do Kowar. Jedynym naszym drogowskazem był kompas. Po dobrej godzinie brnięcia przez lasy najeżone wystającymi z ziemi kamieniami doszliśmy do jakiegoś rozwidlenia pięciu dróg. Tu całkowicie zwątpiłem w moją znajomość topografii i umiejętność posługiwania się kompasem; nie miałem pojęcia gdzie jesteśmy. Przyznam, że już myśleliśmy o szykowaniu noclegu w trawie, gdy niespodziewanie z gęstwiny wyłonił się człowiek. Łysy mężczyzna w wieku blisko sześćdziesięciu lat, podpierający się kijem, a z ramienia zwisał mu plecak. Jegomość był wyjątkowo spokojny, czego nie mogę powiedzieć o nas. Ciemna noc, bezludzie, nie wiemy gdzie jesteśmy, a tu z głębi lasu wychodzi ktoś, kto może mieć wobec nas różne zamiary.
Zatrzymał się na moment i jakby od niechcenia zapytał, dokąd idziemy. Powiedzieliśmy, że do Kowar, ale niestety pogubiliśmy drogę. Odpowiedział tylko jedno zdanie, że mamy iść za nim. Cóż było robić, zaryzykowaliśmy i ku naszemu zadowoleniu zaledwie po dwudziestu minutach, wprawdzie bardzo stromego zejścia, ale staliśmy już na przystanku autobusowym w Kowarach. Oczywiście podziękowaliśmy za pomoc i obdarowaliśmy go monetą, jak winno się czynić przewodnikowi, jednak myśli po głowie biegały różne i do tej pory biegają. Po powrocie do Karpacza już wiedziałem, że Duch Gór musi się pojawić w mojej „Drodze do Domu”. Dziś po raz pierwszy opowiedziałem tą przygodę publicznie i mimo iż dla wielu może brzmieć niewiarygodnie, zapewniam, że wydarzyła się naprawdę.

  1. M. W. - Dziękuję Ci, że zgodziłeś się opowiedzieć tę historię. Jestem pewna, że wielu ludziom zdarzyły się takie magiczne sytuacje w górach, lub w życiu. Nie chcemy o nich opowiadać, bo nauczono nas, że wszystko musi mieć racjonalne wyjaśnienie.  W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „Droga do Domu” miała „być pierwotnie opowieścią tylko dla moich znajomych”. Dla kogo pisałeś książkę? Wielka musi być siła przyjaźni, żeby w imię jej dokonać tak ogromnego dzieła.
P. Ż. -  Dzieła? Och… Magdo, bardzo Ci dziękuję, ale to przesada. Wiem, obydwie książki się podobają, z czego bardzo się cieszę, jednak proszę mówmy o nich jako o powieściach, a nie o dziełach. Wstępnie zamierzałem napisać coś na kształt fabularyzowanego przewodnika i to jak już wspomniałaś wyłącznie dla moich znajomych z Leszna i okolic. Bywało, że podczas prywatnych spotkań przy kawie lub grillu, rozmawialiśmy o Karkonoszach czy Górach Izerskich i zadano mi pytanie, dlaczego niemal przez dwadzieścia lat, każdy wolny czas spędzamy wraz z żoną właśnie tam, skoro jak te osoby twierdziły, one już po kilku dniach pobytu w Szklarskiej Porębie widziały wszystkie atrakcje tego regionu. Dla mnie było jasnym, że nie wiedzieli, co mówią i zamierzałem to udowodnić przedstawiając im miejsca, do których nie dotarli, a te niby przez nich poznane opisać trochę szerzej niż jest to zawarte w powszechnie dostępnych
informatorach. Przewodnikiem po górach miał być wilk znający zakamarki tamtego rejonu, ale nasza przygoda z tajemniczym człowiekiem, o którym wspomniałem poprzednio sprawiła, że pomyślałem jeszcze o Duchu Gór, a potem o Walonach, których historia jest tam namacalna niemal na każdej skale. Zbierałem materiały, dodawałem swoje notatki oraz odrobinę wyobraźni i zrobiło się z tego tyle stron, że zamiast broszury powstała książka. Tekst skonsultowałem z Przemysławem Wiaterem, będąc u niego z prośbą o autograf do jego nowej książki, a on jako historyk i zarazem Walończyk, potwierdził, że tym, co napisałem warto zainteresować wydawnictwo AD REM. Po kilku miesiącach moja pierwsza powieść trafiła na rynek. Ot i prawie cała genealogia „Drogi do Domu”.
  1. M. W. - Kto Ci opowiadał w dzieciństwie bajki przed snem? A może czytał?
P. Ż. - Głównie pamiętam moją babcię ze strony mamy, ale ona nie czytała mi bajek, lecz je opowiadała, a jeśli chodzi o bajki czytane, to mama. Tato natomiast, zaszczepił we mnie wrażliwość do lasu, zwierząt i wszelkiej natury. Tak, to jemu zawdzięczam przekonanie, że w przyrodzie zawarte są odpowiedzi na niemal wszystkie nurtujące nas pytania. Z zasady, masz problem i nie wiesz jak go rozwiązać, zapytaj lasu, strumieni, zwierząt. Tylko, że masz to widzieć, a nie jedynie patrzeć. Stąd właśnie w obydwóch księgach pewne rady i wskazówki, co do właściwej według mnie życiowej postawy, które zawarłem również w opisach przyrody. Proszę tylko spojrzeć na te opisy nie jedynie przez pryzmat urokliwego miejsca, a okiem takiego trochę, filozofa.

  1. M. W. - Twoje książki napisane są bardzo charakterystycznym stylem, jakiego nie spotkałam nigdy u żadnego pisarza. Mam wrażenie, że za pośrednictwem książki uchyliłeś drzwi do swojej duszy. Czy podejmowałeś wcześniej próby pisarskie? Może jakiś dziennik, pamiętnik?
P. Ż. - Zacznę od końca. Nie, nigdy nie spisywałem moich codziennych przeżyć, aby po latach móc do nich zajrzeć i powspominać. Pisząc pamiętnik trzeba umieścić w nim wszystko, więc zarówno zdarzenia przyjemne, jak i te dokuczliwe, a ja wolę mieć w głowie jedynie te pierwsze. Resztę staram się usuwać z pamięci. Co do prób napisania książki, to owszem podjąłem taką jakieś dwadzieścia lat temu, ale niestety, mimo iż znane wydawnictwo wstępnie oceniło mój tekst pozytywnie, wkrótce otrzymałem informację, że jednak nie będzie druku. Uznano…, pamiętam to dla mnie dziwaczne określenie…, że książka nie budzi
nadziei komercyjnej.
Od tamtej pory, aż do „Drogi do Domu” nie napisałem nic więcej, a odrzucony tekst wylądował w szufladzie, gdzie spoczywa aż do dzisiaj. Twierdzisz Magdo, że moje książki są napisane charakterystycznym stylem. Ja nie jestem przekonany, czy po dwóch książkach można już mówić o stylu pisania. Pewnie chciałbym, aby tak było, bo to poniekąd sygnatura na namalowanym obrazie, ale poczekam, czy po przeczytaniu tego, co piszę obecnie, jeżeli oczywiście zostanie wydane, nie zmienisz zdania. Zgodzę się jednak, że w „Drodze do Domu” otworzyłem niejako drzwi do swojej duszy. Myślę, że każdy, kto pisze książki, a nie korzysta z jakichś szablonów, czy szczegółowych planów, zostawia między wierszami cząstkę siebie. Chyba nie da się inaczej.

  1. M. W. - Przemku, dowiedziałam się, że korektorzy mają problem podczas pracy nad Twoją książką. Polega to na tym, że tak wciąga ich treść, że nie patrzą na przecinki i muszą czytać kolejny raz. Podczas pracy nad wznowieniem korektorka była tak wzruszona, że się popłakała nad losem bohaterów, a przecież nie jest to sentymentalny wyciskacz łez. Używasz czarów? Możesz to jakoś skomentować? :)
P. Ż. - Tak Magdo, używam czarów i wszelkich możliwych tajemnych sił. To oczywiście żart, bo jedyna magia, która mi towarzyszyła podczas pisania „Drogi do Domu”, to była magia Szklarskiej Poręby, Karkonoszy i Gór Izerskich, a konkretnie obrazów z tamtych miejsc, zatrzymanych w mojej pamięci. Chyba, że miał z tym coś wspólnego jeszcze Duch Gór, ale to już Jego musisz się o to zapytać. Bardzo sympatycznie usłyszeć od korektorów, że pochłonięci losem bohaterów mają problem ze skupieniem się nad interpunkcją, a to, co powiedziała mi Pani Sandra ma dla mnie ogromną wartość. Nie wyjawię, co to było i jak brzmiały słowa, ale zdradzę, że po tym telefonie przez długi czas zastanawiałem się, czy nie przerwać pracy nad obecnie pisana książką i zabrać się za trzecią księgę „Drogi do Domu”. Pani Sandro, jeszcze raz Pani dziękuję. Dała mi Pani solidnego, pozytywnego „kopa”.

  1. M. W. - Co się zmieniło w Twoim życiu po napisaniu i wydaniu obu ksiąg „Drogi do Domu”? Czy postrzegasz siebie tak samo jak dawniej? A rodzina i przyjaciele?
P. Ż. - Przecież jedyne, co udało mi się zrobić, to pokazać czytelnikom, jak inaczej niż poprzez przewodniki turystyczne można postrzegać wiadome góry, ich historię i dzieje Walonów.
Pewnie, cieszy, kiedy czytelnicy do mnie piszą, czy nawet dzwonią z całej Polski i nie tylko, bo zdarzyło mi się odebrać również maila z Niemiec i rozmawiać za pomocą skype’a z czytelniczką ze Stanów Zjednoczonych, ale na pewno nie zmieni to mojego podejścia do życia i ludzi. Rodzina i przyjaciele, wiadomo, szczerze zachwyceni, i zaskoczeni, bo na przykład mój brat, mimo iż spotykamy się na co dzień, dowiedział się o wydaniu pierwszej księgi z lokalnej prasy. Przyznam, trochę mi się wtedy dostało, na szczęście w znaczeniu pozytywnie żartobliwym. Co do przyjaciół oraz znajomych, to bywało różnie… Padały pytania, dlaczego Szklarka Poręba, a nie Leszno i jak to w ogóle możliwe, że napisałem książkę nie będąc zawodowym humanistą? Jednak w zdecydowanej większości, odczułem szczere zadowolenie i gratulacje.

  1. M. W. - Pracujesz zawodowo i w dodatku w postaci dyżurów. Trudno więc o uregulowany tryb życia i pisania. Jak sobie radzisz z prozą życia i znajdujesz czas na pisanie? Ołówek i zeszyt czy komputer? Jak wygląda Twoje miejsce pracy pisarskiej?
P. Ż. -  Czasu na pisanie mam rzeczywiście niewiele, a stworzenie książki, to przecież nie tylko układanie zdań. Dużo trzeba przemyśleć, sprawdzić, zebrać dodatkowe materiały i niekiedy jeszcze skonsultować na przykład fakty historyczne z osobami w tym zakresie bardziej kompetentnymi ode mnie. Zresztą, sama wiesz ile to wszystko dookoła pochłania czasu, bo też napisałaś opowiadanie, które zostało wydane drukiem. Może zabrzmi to śmiesznie, ale bywa, że piszę fragment tekstu na kolanie czekając w samochodzie na żonę, która robi w markecie zakupy. Z księgą pierwszą było mi dużo prościej, gdyż miałem sporo notatek z wieloletnich wędrówek po górach. Opisy miejsc, zjawisk atmosferycznych, czy nawet pojedynczych skał lub drzew. Te były prawie gotowe.
Przy tworzeniu drugiej księgi materiał zbierałem praktycznie na bieżąco, bo chcę tu wspomnieć, iż niemal każdą ścieżkę, którą przeszedł mój główny bohater przemierzyłem osobiście na własnych nogach. Zdarzało się też, jak na przykład przy konstruowaniu bitwy Walona i jego sąsiadów ze zbójnikami, że po nocnym dyżurze dzwoniłem do mojego kolegi, bo on zazwyczaj jest chętny na takie wyprawy, i wsiadaliśmy w samochód żeby pokonać dwieście kilometrów celem dokładniejszego przyjrzenia się opisywanemu miejscu.
Oczywiście za każdym razem, podkreślę za każdym razem towarzyszyła mi moja żona, która dbała o ekwipunek i służyła radą. Na moim profilu Facebooka są zdjęcia, kiedy krążymy pomiędzy Zbójeckimi Skałami i wyszukujemy czegoś szczególnego, co można by wykorzystać w tekście. Odręczne notatki to podstawa, a później oczywiście komputer. Nie używam laptopa, zwyczajnie takiego nie posiadam, piszę korzystając z komputera stacjonarnego i… litrów mocnej czarnej kawy.

  1. M. W. - Pytanie, na które czekają czytelnicy Twoich książek – kiedy pojawi się III Księga „Drogi do Domu”?
P. Ż. - Cieszę się, że czytelnicy czekają, słyszę to na niemal każdym kroku, ale niestety musi jeszcze trochę wody upłynąć w Kamiennej. Pierwotnie miała być tylko jedna księga, ale po docierających do mnie zewsząd namowach napisanie drugiej części stało się dla mnie marzeniem, o czym wspomniałem podczas premierowego spotkania autorskiego w Szklarskiej Porębie. Marzeniem, które się spełniło już po półtora roku. Trzecia księga nie jest marzeniem, ona na pewno powstanie, mam już nawet jej ogólny zarys, jednak najpierw trzeba dokończyć coś, co piszę obecnie. Sądzę, że ta książka, jeżeli się ukaże, będzie sporym zaskoczeniem dla tych, którzy czytali „Drogę do Domu”, zarówno pod względem stylu, jak i tematyki. To współczesna ciepła sensacja z dużą dawką przygód, głęboko dotykająca ludzkiej świadomości, uczuć i przedziwnych sekretów naszego mózgu. W tle fabuły jest moje rodzinne Leszno, Kościan oraz Szklarska Poręba i Jelenia Góra, a głównymi bohaterami jest troje przyjaciół i uprowadzone przez nich dziecko. Dziecko, które nosi w sobie tyle tajemnic, że wystarczyłoby na całą serię książek. Wracając jednak do trzeciej księgi „Drogi do Domu” przypuszczam, że zacznę ją pisać pod koniec tego roku.

M. W. - Dziękuję Ci bardzo za rozmowę. 

A teraz mamy niespodziankę! Dla chętnych osób do rozlosowania są dwa egzemplarze książki Przemka Żuchowskiego „Droga do Domu”, Księga I, wydanie drugie, z autografem Autora.



Proszę o zgłaszanie chęci udziału w losowaniu, wraz z podaniem adresu e-mail, do dnia 
6 września 2015 roku, do godziny 23:59
pod tym postem.

Wszystkich czytelników, którzy mieszkają w pobliżu Jeleniej Góry, serdecznie zapraszamy na spotkanie z Przemysławem Żuchowskim, autorem książki "Droga do Domu", czyli opowieści w dwóch księgach o poszukiwaczach skarbów, tajemnicach ukrytych pośród Gór Olbrzymich, znakach walońskich, magii, legendach i rzeczywistości XVII wieku na terenach, którymi włada Duch Gór i dzika przyroda, pełna piękna, fantazji i sprytu.
Zapraszamy 9 września (środa) 2015 roku na godzinę 17.00 do Książnicy Karkonoskiej (ul. Bankowa 27 w Jeleniej Górze), do małej sali konferencyjnej Szlaku Sztuki (parter).
Wstęp wolny.                                                      

Spotkanie poprowadzi Sandra Nejranowska
Organizator: Wydawnictwo Ad Rem i Książnica Karkonoska
  

83/2015 

wtorek, 25 sierpnia 2015

Zbrodnia w szkarłacie - Katarzyna Kwiatkowska


Zbrodnia w szkarłacie
Jan Morawski, a raczej powinnam powiedzieć, Katarzyna Kwiatkowska, powraca w wielkim stylu, przebijając wysoko świetną "Zbrodnię w błękicie". 
Autorka zaprasza nas do szlacheckiego dworku w Wielkopolsce, na przełomie wieków, pod pruskim zaborem. To znak rozpoznawczy pani Kwiatkowskiej, a jednocześnie uzupełnienie historii Polski, bo mam wrażenie, że o życiu pod tym zaborem mówiło się w szkole mniej, w porównaniu z zaborem rosyjskim. Zapewne, to sprawa literatury, którą czytaliśmy w ramach lektur.
W Jeziorach trwają przygotowania do ślubu jedynaczki, Heleny. Imię znamienne, konkurentów jest więcej niż jeden. Jeszcze bardziej gorączkowe są poszukiwania skarbu dziadka, ponieważ panna nie ma ...posagu. Jeziory toną w długach.
Skarbu jak nie było, tak nie ma, ślub i wesele trzeba odwołać, ostatnią "deską ratunku" jest samozwańczy detektyw Jan Morawski, którego poproszono o pomoc w poszukiwaniach. Czas nagli. Pada strzał. Śmiertelny. 
Intryga zawiązana jest po mistrzowsku, autorka zwodzi nas wielokrotnie, kluczy, podrzuca tropy, aby na końcu pokazać nam a kuku! A przecież wszystko, co było potrzebne do rozwikłania zagadki, podała nam na tacy! 
Drugim znakiem rozpoznawczym książek Katarzyny Kwiatkowskiej są nawiązania do literatury. Tropienie ich to druga, niesamowita przyjemność. Aż sobie zacytuję Fiodora Dostojewskiego Z mądrym człowiekiem to i pogadać ciekawie. Bo też i przypominają mi się rodzinne rozmowy, jakim przysłuchiwałam się w dzieciństwie młodszym i starszym, bywając z wizytą w Wielkopolsce u bliskich krewnych (nie w dworku, w mieszkaniu ;)).
Wspomnę jedynie, jeśli chodzi o literackie nawiązania, o "Trylogii" Sienkiewicza oraz, w obliczu szykującego się ślubu, o "Weselu" Wyspiańskiego, w sensie bardziej i mniej dosłownym, aż po mocne przesłanie, które pojawia się, niezależne od wątku kryminalnego.
Właśnie to przesłanie, miejsce akcji i okres historyczny, który pani Kwiatkowska wybrała tworzą interesujący komentarz do dziejów naszego narodu, a także są aluzją do współczesności. 

Zilustruję to cytatem:

Bo my, Polacy, za bohaterów uważamy spiskowców czy emigrantów. A knuć po kątach albo uciekać jest najprościej. Trudniej zostać na miejscu, zacisnąć zęby i wziąć się do pracy.

Jeśli do tego zdradzę, że spotykamy w dworku galerię interesujących typów, słyszymy błyskotliwe dialogi, a humor sytuacyjny nie ustępuje im miejsca, to chyba rozumiecie już mój zachwyt nad "Zbrodnią w szkarłacie". 

Zbrodnią zaś największą, jest nieprzeczytanie tej książki!

Zbrodnia w szkarłacie [Katarzyna Kwiatkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Zbrodnia w szkarłacie
data wydania 12 sierpnia 2015
ISBN 9788324034918
liczba stron 400


Katarzyna Kwiatkowska

Katarzyna Kwiatkowska

Autorka kryminałów retro, tłumaczka Elizabeth Gaskell. Za debiut, – Zbrodnia w błękicie – nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru, otrzymała specjalne wyróżnienie zasiadającej w jury Janiny Paradowskiej. Recenzenci przyrównują styl pisania Kwiatkowskiej do Agathy Christie, podkreślając jednocześnie, że jest ona świetną pisarką, a nie tylko naśladowczynią.(...)
Poznanianka z urodzenia i wychowania: w domu wpojono jej wielkopolski kult oszczędności i pracy, a także szacunek dla czasu. Zafascynowana dworami wielkopolskimi, kulturą i tradycjami ziemiaństwa.(...)
Pisanie książek o przygodach Jana Morawskiego zawsze zaczyna od lektury opracowań historycznych, dokumentów źródłowych, nierzadko wyrusza w podróż po Wielkopolsce w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca dla swoich historii.[źródło]

82/2015

POLACY NIE GĘSI III




Historia Edgara - David Wroblewski


Niemy od urodzenia, posługujący się jedynie znakami języka migowego, Edgar Sawtelle wiedzie sielankowe życie z rodzicami na gospodarstwie w stanie Wisconsin. Rodzina Sawtellów już od kilku pokoleń zajmuje się hodowlą i tresurą wyjątkowej rasy psów, której przedstawicielką jest lojalna towarzyszka i opiekunka Edgara, Almondine. Nieoczekiwany powrót Claudeaa, stryja Edgara, powoduje, że dotychczas spokojne życie rodziny Sawtellów rozpada się jak domek z kart. W niewyjaśnionych okolicznościach umiera nagle ojciec Edgara, a kiedy jego miejsce w rodzinie stara się zająć Claude, w chłopcu zaczynają rodzić się straszliwe podejrzenia. Misterny plan ujawnienia przyczyn śmierci ojca nie udaje się i Edgar wraz z trzema psami zmuszony jest uciekać w dzikie obszary dalekiej północy stanu Wisconsin, gdzie zaczyna walkę o przetrwanie. Literackie wydarzenie roku 2008 w USA.

Wydawnictwo Sonia Draga

Zapraszam do zapoznania się z fragmentem:

Historia Edgara [David Wroblewski]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Historia Edgara
tytuł oryginału The Story of Edgar Sawtelle
data wydania październik 2009
ISBN 9788375081848
liczba stron 576
81/2015


Co mam dla Was przeczytać?

piątek, 21 sierpnia 2015

Dolina mgieł i róż - Agnieszki Krawczyk

Sierpień jest właściwym miesiącem na lekturę tej książki, gdyż właśnie w sierpniu do pensjonatu "Pod Graalem i różą" przybywa pisarka, Sabina Południewska. Oznajmia, że zamierza pisać książkę o Jane Austen. 
I nagle ... jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, atmosfera pensjonatu zaczyna przypominać dziewiętnastowieczny dworek, w którym goszczą bardzo osobliwe postaci. Jest tu emerytowany wojskowy, skory do snucia opowieści o strategii wojskowej (czy uda mu się dokończyć nudne wywody?), jest roztargniony naukowiec o okularach jak denka od butelek, pojawia się tajemniczy sąsiad - Marek Rokosz: przystojny dżentelmen po dobrej uczelni, świetnie obeznany z literaturą angielską i trzymający konie pod wierzch. Spotykamy starych znajomych - hrabinę Tyczyńską, Milę, która jest w ciąży, rodzinę Kowalów, którzy pracują w pensjonacie, nauczyciela Alberta, jest i lekarz Krzysztof Dolecki, jak się okazuje, także oczytany. Rozmowy toczone bywają na wysokim, literackim poziomie, krążąc wokół powieści Jane Austen oraz literatury angielskiej XIX wieku, a pikanterii dodaje obecność Carmen (szwagierki Mili), która uczy się języka polskiego na książkach z kanonu klasyki.  

Dialogi są pełne smaku i dobrego humoru!

Na dodatek fabuła nawiązuje do kilku powieści Jane Austen, a sama Sabina jest postacią nieprzeciętną i tajemniczą. Można powiedzieć, że to dwie osoby w jednej, Sabina rozważna i Sabina romantyczna, a na dodatek Sabina coś przed wszystkimi ukrywa.
W snującej się nad doliną mgle, pojawia się duch, a zgubić się można nie tylko we mgle czy w labiryncie z krzewów, ale i w gąszczu uczuć, które iskrzą pomiędzy płciami. Jest sielsko, anielsko, aż do szczęśliwego (jednak nie dla wszystkich) końca. 

Po takie książki sięga się jak po ulubiony deser - aby sprawić sobie przyjemność. I wtedy mamy w nosie kalorie oraz brak witamin i innych składników odżywczych, bo liczy się rozkosz podniebienia. Przymknęłam więc oko na pewne "umówmy się, że tak mogło być"  i oddałam przyjemności czytania książki, która zabrała mnie w świat pięknej bajki dla dorosłych dziewczynek :)
Jak dobrze, że już wydano trzeci tom i zapowiedziano czwarty!


Dolina mgieł i róż
Wydawnictwo: Filia
data wydania 10 września 2014
ISBN 9788379882342
liczba stron 480

80/2015

Co mam dla Was przeczytać?





 


POLACY NIE GĘSI III

wtorek, 18 sierpnia 2015

Abc zbrodni Agaty Christie

"Kiedy w 2009 roku ukazały się Sekretne zapiski Agaty Christie, czytelnicy otrzymali coś naprawdę niezwykłego. Chyba żaden inny autor nie doczekał się równie wnikliwego opracowania notatek i brudnopisów tworzonych przez siebie powieści. (...)
Obecnie otrzymujemy kolejną książkę tego samego autora, ABC zbrodni Agaty Christie. (...) John Curran nie ogranicza się do podania faktów związanych z treścią zapisków w brulionach, ale na ich podstawie formułuje solidnie udokumentowane hipotezy, dotyczące powstawania niezwykłych książek Christie. Analizuje sposób rozumowania autorki, jej życie, relacje z innymi (osobiste i zawodowe), po czym łączy fakty z zapiskami w "sekretnych" Notatnikach pisarki i pokazuje, w jaki sposób sprawy życia codziennego i wydarzenia polityczne wpływały na to, co pisała. (...)
W swojej najnowszej książce John Curran zaprezentował się nam jako znakomity Herkules Poirot - no dobrze, prawie znakomity!" [str. 7 - Przedmowa, David Suchet]


Abc zbrodni Agaty Christie [John Curran]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



ABC zbrodni Agaty Christie
Sekrety z archiwum pisarki
(Zawiera dwa niepublikowane opowiadania)
autor: John Curran
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tłumaczenie Beata Długajczyk
tytuł oryginału Agatha Christie’s Murder in the Making
data wydania 7 listopada 2012
ISBN 9788324591251
liczba stron 408

79/2015

sobota, 15 sierpnia 2015

A. B. C. - Agataha Christie, czyta Danuta Stenka

Profiler Poirot 

Poirot otrzymuje list, który stanowi swego rodzaju wyzwanie. Jest jak rzucona rękawica. Otóż człowiek, który podpisał się jako A. B. C. zapowiedział datę i miejsce morderstwa. Dokonano go, zgodnie z informacją zawartą w liście, w Andover. Zginęła pani Ascher. Przy zwłokach znaleziono otwarty na literze A, popularny rozkład jazdy, nazywany ABC.
Policja ze Scotland Yardu wraz Herculesem Poirot prowadzą śledztwo, a wydarzenia opowiada nam Artur Hastings, któremu niezbyt dobrze wiodło się w Ameryce Południowej i postanowił wpaść na jakieś pół roku do Anglii. Do śledztwa włączono doktora Thompsona, słynnego psychiatrę, jako, że zaistniało podejrzenie, iż zbrodniarz jest po prostu szaleńcem.
W kolejnym liście morderca jawnie naśmiewa się z Poirota i zapowiada kolejne morderstwo. Jak można się domyślić, tym razem w miejscowości zaczynającej się na literę B., oraz na osobie, której inicjały także zaczynają się B. Tym razem, także przy zwłokach znaleziono rozkład jazdy ABC. 
Szare komórki Poirota nie próżnują. Pomimo wspólnego stanowiska z doktorem Thompsonem, na temat osobowości zbrodniarza, Poirot poświęca wiele czasu na wczucie się w sytuację mordercy. Przede wszystkim, szuka motywu. I stale coś się Poirotowi nie zgadza, ciągle trudno mu przedstawić jednolity portret psychologiczny przestępcy. 
Praca Poirota nad rozszyfrowaniem mordercy jest tym, czym zajmują się dzisiaj profilerzy. Nie po raz pierwszy zresztą Hercules więcej czasu poświęca na opracowanie portretu psychologicznego sprawcy, by później go zdemaskować, niż na szukaniu na klęczkach śladów na miejscu zbrodni. Śmiem nawet powiedzieć, że Hercules Poirot jest pierwszym w literaturze profilerem, a pozostali uczyli się fachu od niego. 
W powieści  A.B.C. mamy także do czynienia z nietypową dla książek Agathy Christie scenografią. Otóż nie ma zamkniętego, odciętego od świata miejsca, w którym popełniono morderstwo, a zagadka nie polega na odkryciu, która to ze znanych sobie nawzajem osób zrobiła. W A. B. C. przez miejscowości, w których popełniane są morderstwa, przewijają się tłumy ludzi, a ofiary nie są ze sobą w żaden sposób powiązane. 
Po raz pierwszy także, w powieści, pojawił się ...seryjny morderca. Tak, właśnie Agatha była jedną z pierwszych pisarek, która stworzyła takiego potwora. 

Książki wysłuchałam w interpretacji Danuty Stenki, którą do współpracy zaprosiło Wydawnictwo Dolnośląskie. Doskonałe połączenie! Uważana za jedną z trzech najlepszych powieści Agathy Christie książka A. B. C. i Danuta Stenka, której chyba nikomu nie muszę przedstawiać, to zestaw idealny!

Polecam A. B. C. Agathy Christie w jakiejkolwiek postaci, a wielbicielom audiobooków w interpretacji Danuty Stenki.

A.B.C. [Agata Christie]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


A.B.C.
Agatha Christie
audiobook CD mp3
czyta Danuta Stenka
czas nagrania: 7 godzin 18 minut
Rok wydania: 2014-06-25
ISBN: 978-83-2715-084-4
format: 18,7 x 13,7 cm
Producent: Wydawnictwo Dolnośląskie




środa, 12 sierpnia 2015

George Sand i Fryderyk Chopin na Majorce

Fryderyk Chopin - popiersie w muzeum Valldemossa


Miasteczko Valldemossa leży około 17 km od stolicy Majorki, Palmy, w dolinie Serra Tramuntana. Otoczone jest gajami oliwnymi i migdałowymi. 



Królewska Kartuzja pod wezwaniem Jezusa z Nazaretu to klasztor, który 1399 r. przekazano kartuzom z Tarragony.  Stanowił go kompleks budynków pałacowych, zmarłego bezpotomnie 75 lat wcześniej,  króla Sancha. Kartuzi rozbudowali to miejsce i przystosowali do użytku zgodnie z wymogami reguły zakonnej. Klasztor został zsekularyzowany w 1836 r.

Widok na Valldemossę
Cele klasztorne wykupili prywatni ludzie. Do takiego miejsca, na zasadzie (chyba) podnajmu, pewnej zimy z 1838 na 1839 rok, przybyli George Sand z dwójką dzieci i Fryderyk Chopin. Przypłynęli statkiem przewożącym... świnie, gdyż transportu osobowego, jeszcze wtedy w tamtym rejonie nie było.
Zima była wyjątkowo deszczowa, co źle wpływało na płuca Chopina, pianino zaginęło podczas transportu i dotarło z opóźnieniem, miejscowi ludzie nie akceptowali pary, żyjącej w nieformalnym związku.
Pomimo tego, George Sand opisała ich pobyt w książce "Zima na Majorce", a Chopin skomponował m. in. Preludium Deszczowe
W dawnym klasztorze obecnie jest muzeum poświęcone sławnej parze, w sali koncertowej odbywają się dla turystów koncerty, grane jest przede wszystkim Preludium Deszczowe oraz sierpniowe "Festiwale Chopinowskie w Valldemossie".


Valldemosa na Majorce - lokalizacja
W dawnych pomieszczeniach klasztornych można dzisiaj oglądać:
  • aptekę ze zbiorem starych naczyń i przyrządów (tutaj również sklepik z pamiątkami i książkami George Sand), - zdjęcia poniżej
  • rekonstrukcję dawnej, prostej celi klasztornej, m.in. z trumną w której zawsze sypiali zakonnicy,
  • zbiór eksponatów sztuki sakralnej, ksiąg oraz dokumentów historycznych zakonu,
  • kolekcję lokalnie wyrabianej ceramiki zdobionej charakterystycznymi niebieskimi malunkami,
  • pamiątki związane z pobytem w Valldemossie Fryderyka Chopina i George Sand (zakaz fotografowania).
21 września 1998 r. królowa Hiszpanii Zofia i żona prezydenta RP Jolanta Kwaśniewska odsłoniły popiersie Fryderyka Chopina dłuta Zofii Wolskiej, upamiętniające pobyt kompozytora w Valldemossie.


klasztor

Patio przed wejściem do klasztoru

Plakat i wejście do muzeum

Tablica nad wejściem do muzeum

Koncert muzyki Fryderyka Chopina


Taras należący do cel Sand i Chopina

Na tarasie, który należał do cel Sand i Chopina

Widok z tarasu

Tablica pamiątkowa

Zima na Majorce - George Sand, w wielu językach

Preludia ukończone podczas pobytu na Majorce

Pamiątkowe magnesy

Po polsku i po rosyjsku także!

popiersie Chopina

Apteka prowadzona przez zakon benedyktynów, czynna była jeszcze około 1930 roku.

kasetka na proszki
Wnętrze apteki

apteczne surowce

apteczne utensylia
 77/2015