niedziela, 5 stycznia 2014

Ostry zakręt w lewo

Kiedy snujemy plany na przyszłość, nie ma w nich miejsca na choroby i wypadki. Ten obszar na ogół odfajkowujemy poprzez opłacenie ubezpieczenia. A potem żyjemy tak, jakbyśmy byli wieczni.
Czy to źle? Absolutnie nie.
Życia nie wolno ograniczać snując pesymistyczne wizje. Jednakże choroby i wypadki, niestety się zdarzają i wywracają życie do góry nogami. Albo, na lewą stronę.

Sarah Nickerson i jej mąż to modelowe osobowości typu A, nastawieni na wygrywanie potomkowie zdobywców Ameryki. Nigdy się nie poddają, ciężko pracują i pną się wysoko po szczeblach kariery. Po ukończeniu prestiżowych i kosztownych studiów na Harvardzie zatrudniają się w równie prestiżowych firmach, a do rat kredytów zaciągniętych na studia dokładają kredyt hipoteczny za dwa domy – jeden w luksusowej dzielnicy i drugi, weekendowy. Tygodniowy etat tych yuppie wynosi po osiemdziesiąt godzin, wydajność osiąga poziom olimpijski, a satysfakcja z wykonywanej pracy niesie ich jak na skrzydłach. Do tego mają trójkę dzieci, dla których są doskonałymi rodzicami.
W tę amerykańską bajkę o sukcesie wkradają się niepokojące sny, które śni Sarah. Wstaje nowy dzień i Sarah jak maszyna napędzana hektolitrami kawy zapomina o nich i rusza do boju, robiąc kilka rzeczy naraz.
No właśnie.
Stojąc w korkach odpala laptop i czyta nadesłane emailem analizy lub wykonuje telefony. Jazda do pracy to wielka strata czasu, którą można poświęcić na pracę, podobnie jak w biurze Sarah potrafi jednocześnie rozmawiać przez telefon i odpowiadać na emaile. Ułamek sekundy zmienia jej życie o sto osiemdziesiąt stopni.

„Zespół pomijania stronnego, znany także jako zespół nieuwagi stronnej i zespół zaniedbywania przestrzeni, to syndrom neurologiczny, który występuje wskutek urazu prawej półkuli mózgu po przebytym wylewie, krwotoku lub mechanicznym uszkodzeniu mózgu. Mimo tego, że przeciętny człowiek prawdopodobnie nigdy nie słyszał o zespole pomijania stronnego, pacjenci ze zdiagnozowanym zespołem nie są niczym niezwykłym dla pracowników służby zdrowia, zatrudnionych w szpitalach, na oddziałach neurologicznych  i rehabilitacyjnych.”[1]
Taki właśnie jest skutek urazu, jakiego doznała Sarah podczas wypadku.

Książka pokazuje nam, czym jest ten problem i jakie niesie ze sobą ograniczenia. Sarah, której w książce autorka oddała głos, opowiada nam o swojej walce z chorobą, ciężkiej pracy z terapeutami, nadziei i przemyśleniach. Nie ma tam taniego sentymentalizmu, Sarah to kobieta, która walczy i zwycięża. Aczkolwiek definicja zwycięstwa musi ulec przewartościowaniu.
Na szczęście Sarah ma wspaniałego, amerykańskiego męża, który ją wspiera i doskonale zajmuje się dziećmi, podczas jej pobytu w szpitalu.

Czy coś zakłóca tę amerykańską bajkę? Owszem. Pieniądze.
„Po spotkaniu, jakie dziś rano odbyli moi lekarze i terapeuci, bez mojego udziału, postanowiono, że za trzy dni zostanę wypisana do domu. Właściwie decyzja nie została podjęta przez nich, a została narzucona z góry, bez zapoznania się ze sprawą. Mój ubezpieczycie wyliczył długo przed moim wypadkiem, poprzez jakieś analizy kosztów, podobne do tych, jakie są obliczane dla różnych firm przez konsultantów z Berkeley [miejsca pracy głównej bohaterki – przyp. moje] w arkuszach Excela, że zostanę wypisana do domu za trzy dni. (…) Normalnie w szpitalach rehabilitacyjnych, jeśli stan pacjentki się pogarsza, pacjentka zostaje. (…) Ewentualnie, jeśli pacjentka czyni znaczące postępy prowadzące do ozdrowienia, pacjentka zostaje. (…) Ale stagnacja, mile płaskiego lądu aż po sam horyzont, oznaczają, że pacjentka zostaje wypisana do domu.”[2]

Również terapia pozaszpitalna skończyła się nie dlatego, że Sarah wyzdrowiała, ale dlatego, że ubezpieczenie pokrywa koszt terapii zaledwie przez dziesięć tygodni.

Z pomocą przybywa matka Sary. Relacja matki i córki jest pobocznym, aczkolwiek bardzo interesującym wątkiem. Można powiedzieć, że spełnia się tu porzekadło, że los jedną ręką zabiera, a drugą daje. Bez tej pomocy rodzina nie poradziłaby sobie: „Wykorzystałaś wszystkie przysługujące ci dni zasiłku chorobowego oraz urlop, a twoje ubezpieczenie skurczyło się o połowę. Ja ostatkiem sił utrzymuję się w pracy. Zatrudnienie kogoś to droga przyjemność, a twoja matka jest tu za darmo.” [3]

Sarah z mężem zaczynają rozumieć, że nie stać ich na życie na takim poziomie jak do tej pory. Nieuchronnie przychodzi refleksja ”Odkąd skończyłam szkołę biznesu, zasuwam jak szalona, robię tysiąc kilometrów na godzinę, każdego dnia ścieram się na pył, pędząc ku jedynemu przyświecającemu mi celowi. Udanemu życiu. Nie tylko zwykłemu sukcesowi. (…) Zaczęłam zastanawiać się nad sobą. Na czym jeszcze polega życie? Może sukces polega na czymś innym, a może można go osiągnąć inaczej.”[4]

U polskiego czytelnika pojawia się jeszcze refleksja związana z kondycją naszej służby zdrowia. Co stałoby się z każdym z nas, gdyby przydarzyła się nam podobna komplikacja zdrowotna? Niewiele osób ma dwa kosztowne domy, z których jeden może sprzedać, a refundacja z NFZ nie obejmuje wszystkich schorzeń, które mogą nas dopaść. Prawdopodobnie dla wielu z nas, kłopoty finansowe Sary to kolejna amerykańska bajka z happy endem. Ale dla wielu milionów Amerykanów, którzy w ogóle nie opłacają ubezpieczenia bo ich na to nie stać, taka choroba byłaby horrorem.

Podziwiam upór i determinację Sary. Podziwiam jej wspaniałego, amerykańskiego męża, który w obliczu trudności nie zwinął manatków, tylko wspierał swoją żonę. Ta książka niesie mnóstwo otuchy i dodaje sił do walki z przeciwnościami, z jakimi każdy z nas się zmaga.
Książka Lisy Genowy zmusza także do zastanowienia się nad własnymi, życiowymi priorytetami.
Bo nie tylko ważne jest to, co się nam przydarza, ale też to, co na ten temat uważamy.

------------------------
[1] „Lewa strona życia”, Lisa Genowa, Papierowy Księżyc, Słupsk 2013, str. 401
[2] tamże str.191-193
[3] tamże str. 219
[4] tamże str. 358-359