czwartek, 6 grudnia 2012

STOP!




Dwa dni „medycznego aresztu domowego” to czterdzieści osiem godzin bez komunikowania się z ludźmi, żadnego czytania, oglądania telewizji, słuchania muzyki, spania w ciągu dnia, korzystania z komórki i komputera. Dwa „dni nieaktywności.”
Trudne?
Dla niektórych ludzi bardzo trudne. Żyją w nieustannym biegu, realizują zadania, uczepieni kurczowo kalendarza, zegarka, newsów, są bombardowani informacjami, non stop online, tak naprawdę nie mają czasu dla nikogo, z samym sobą włącznie. Niekiedy uznają to za błogosławieństwo, bo w szalonym biegu usiłują po prostu od samego siebie uciec. Dla nich, dwa dni „robienia nic”, bycia tylko ze sobą, może być koszmarem. Są jak buchający parą kocioł, gotowy do działania, nogi w blokach startowych, sprężyna nakręcona do maksimum, a tu świat zatrzymał się w miejscu, zawody odwołane, fajrant.
Co zrobi kocioł? Wystygnie.
A człowiek?

Autorka i bohaterka „Listu do mojego życia”, Miriam Meckel przez piętnaście lat była skutecznym, sprawnym, poukładanym człowiekiem, realizującym mnóstwo zadań. Jak wspomniany kocioł parowy. Szalone tempo życia oraz pracy dawało jej przyjemność, ale stanowiło też ucieczkę przed smutnymi emocjami. Udawanie, że tych emocji nie ma, kosztuje bardzo dużo energii, podobnie jak bycie na nieustannym rauszu pracoholizmu.

Co takiego się stało, że Miriam znalazła się w sytuacji „domowego aresztu”, w pokoju kliniki psychiatrycznej u podnóża Alp?
Kocioł ma zawór bezpieczeństwa, który w momencie, gdy zbierze się zbyt dużo pary upuszcza jej nadmiar. A człowiek? Człowiek ma ciało, które w przypadku Miriam „okazało się mądrzejsze od głowy i pociągnęło za hamulec.” [1] To choroba zmusiła bohaterkę do szukania pomocy, choroba, która uniemożliwiła ignorowanie wcześniejszych sygnałów, a także uniemożliwiła pracę.

Miriam siedzi w pokoju i rozmyśla., a myśli błądzą od wspominania wydarzeń, które doprowadziły do załamania, poprzez odpychaną żałobę, po rozważania dotyczące sensu życia. Z racji swojego zawodu (profesor komunikacji korporacyjnej, dyrektor Instytutu Zarządzania Mediami i Komunikacji na Uniwersytecie w ST. Gallen w Szwajcarii) autorka nie ogranicza rozważań jedynie do własnego przypadku, ale widzi go jako bardzo szeroki problem, który trapi współczesne społeczeństwa.
Współczesne? Miriam cytuje Tomasza Manna, co oznacza, że to, co obecnie nazywa się wypaleniem zawodowym towarzyszy człowiekowi już od dawna.

Podczas terapii, bohaterka uświadamia sobie swoje ograniczenia, powoli uwalnia się ze stereotypów. „Nie odnajduję już siebie samej w ciele osoby, która zawsze spełnia oczekiwania, jakie mają wobec niej inni. Na której zawsze można polegać w dającym się społecznie uogólnić sensie, która odnosi sukcesy i jest dobra. Po prostu już tego nie czuję. Pewnie od kilku miesięcy przerabiam swoją małą rewolucyjną emancypację.” [2]. W końcu znajduje dla siebie oryginalną metaforę, nawiązującą do oznaczeń na metkach dotyczących konserwacji ubrań: „<<Łatwa w pielęgnacji>>  - w tym określeniu tkwi  całe to moje dopasowanie, przestrzeganie zasad, prostolinijność, znudzenie i zmęczenie życiem, które od zeszłego roku widzę przed sobą niby w jakimś koszmarze. Co za straszne określenie na przerażający stan. Człowiek łatwy w pielęgnacji nie reprezentuje siebie, tylko oczekiwania otoczenia, żeby nie było z nim wiele kłopotu, żeby nie trzeba było specjalnie dla niego się wysilać.”[3]

To mnie nie dotyczy! — zakrzykniesz Czytelniku. — Jestem zwykłym, szarym trybikiem w wielkiej maszynie. Wypalenie zawodowe to elitarna przypadłość szefów!
Absolutnie nie!.
Autorka co prawda ujawnia niewiele szczegółów dotyczących innych pacjentów, obowiązuje zasada poufności, ale w tekście znajdziemy informację, że w terapii brały udział na przykład nauczycielka i pracownica poczty.

Książka rozpoczyna się piękną i mądrą przedmową pani Ewy Wanat, dziennikarki radiowej i telewizyjnej, a kończy osobistym listem Miriam do „Kochanego życia”.

Jeśli uważasz Czytelniku swoje „życie za wyzwanie logistyczne, któremu należy sprostać.’[4], tak jak wcześniej robiła to autorka, popatrz uważnie czy przed Tobą nie wyrósł znak STOP, którego usilnie starasz się nie zauważać.

Myślę, że jest to wartościowa pozycja i dla tych zabieganych, i dla tych, którzy zwalniają tempo szukając spokojniejszego sposobu na życie. Każdy znajdzie w niej sporo materiału do przemyśleń. I chociaż wydawnictwo umieściło ją w serii „Syzyf 2.0”, która ma być poświęcona kondycji współczesnego pracownika w obliczu rosnącej presji i zawrotnego tempa życia, to myślę, że równocześnie można ją  wpisać do nurtu Slow Life.
Ku przestrodze.

Posłuchaj fragmentu audiobooka:

List do mojego życia [Miriam Meckel]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE
--------------------------------------------------------
[1]  Miriam Meckel, „List do mojego życia”, tłum. Ryszard Turczyn, Wyd. KURHAUS, Warszawa 2012, s.8
[2] tamże s. 165
[3] tamże s.167
[4] tamże s. 92