sobota, 25 listopada 2017

Żółwie aż do końca - John Green

Bohaterowie książki „Żółwie aż do końca” to nastolatki, które mieszkają w Indianapolis, w USA. Łączy ich fakt, że chodzą do jednej szkoły czy jeżdżą razem na letnie obozy. Różni – status społeczny i ekonomiczny oraz…wewnętrzny świat, w którym żyją. Aza Holmes, która opowiada nam tę historię cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne (OCD), zwane bardziej przystępnie nerwicą natręctw. To z tego powodu powieść uznano za najbardziej osobistą w dorobku pisarza. Tak, John Green, także cierpiał na to schorzenie. Aza, skupiona na swojej fobii, z trudem zauważa innych wokół siebie. W jej głowie stale panoszą się różne myśli i nie dają spokoju, dopóki nie wypełni ich nakazów: 
„Od dzieciństwa mam zwyczaj wbijania paznokcia prawego kciuka w opuszek środkowego palca, co zaowocowało osobliwym zgrubieniem. Po wielu latach takich praktyk skóra w tym miejscu łatwo pęka, więc przyklejam plaster, żeby zapobiec infekcjom. Czasem jednak dopada mnie lęk, że infekcja już się rozwija, więc muszę ją usunąć – a jedyny sposób to otwarcie rany i przyciskanie jej, by upuścić trochę krwi. Kiedy już zaczynam myśleć o upuszczeniu krwi, po prostu nie mogę tego nie zrobić.” [1]
Daisy Ramirez jest przyjaciółką Azy od dzieciństwa, chodzą do jednej szkoły. Zna Azę doskonale i, jako jedna z niewielu osób, rozumie jej problemy, akceptuje ją pomimo nich:
 „– Jak bardzo powinnam się martwić tym, że nie wypowiedziałaś przez cały dzień więcej niż dwóch słów z rzędu? – zapytał głos za mną.
– Spirala myślowa – wymamrotałam w odpowiedzi. Daisy znała mnie od szóstego roku życia. Nie musiałam jej nic tłumaczyć.
– Tak myślałam. Kurczę. Spotkajmy się po lekcjach.”[2]
Daisy jest bardzo ambitna, ma cel w życiu i dlatego po szkole dużo pracuje, żeby odłożyć pieniądze na studia. Ma także motto życiowe: „Łam serca, nie obietnice”[3] 
Czy Aza wie o Daisy tyle, ile Daisy o niej? Czy w ich przyjaźni istnieje symetria?


Trzecim, ważnym bohaterem powieści jest Davis Pickett, jeden z synów miliardera. Aza jest znajomą Davisa. Jak to możliwe? Otóż łączy ich pewna, wspólna tragedia, i to z jej powodu znaleźli się kiedyś razem na letnim obozie. A teraz ojciec Davisa znikł w niewyjaśnionych okolicznościach. Chłopak został wraz z małym bratem sam, w ogromnej rezydencji. Dopóki miliarder się nie odnajdzie, będzie uważany za żywego przez siedem lat, prawnicy nie rozpoczną wykonywania testamentu, a najbliżsi będą żyć w zawieszeniu pomiędzy żałobą, a nadzieją. A może nie ma po kim odczuwać żałoby, za to korzystać z istniejącej sytuacji materialnej?

Każda tych młodych osób ma własne problemy, plany i oczekiwania. Daisy namawia Azę, żeby poszukać informacji o miejscu przebywania zaginionego, ponieważ za nią można otrzymać nagrodę. Czy Davis domyśli się powodu, dla którego Aza odnowiła znajomość z nim? A jeśli tak, to co z tym zrobi? 
Tymczasem Aza zastanawia się nad własnym wpływem na swoje życie: 
„Zaczynam jednak rozumieć, że życie to nie tyle twoja opowieść, co opowieść o tobie. Oczywiście łudzisz się, że jesteś jej autorem.”[4]
Czy Daisy i Davis sami decydują o swoim losie i o tym, jak wygląda ich życie? A może to szkoła, przepisy, prawnicy i wiele innych okoliczności decyduje nawet o tym, o której godzinie zjedzą lunch, a wolna wola jest fikcją?

W książce jest miejsce na miłość, na mądre rozmowy, ale i na kłótnie, które są pieprzem naszego życia. Bohaterzy telefonują do siebie, piszą esemesy, surfują po internecie, tworzą blogi oraz fanfiki. Wszyscy troje, na swój własny sposób, stają przed wyborem – przyjaźń, czy pieniądze.
Aza powiedziała: „Tak naprawdę nikt nikogo nie rozumie. Wszyscy jesteśmy uwięzieni wewnątrz siebie. (…) Nie ma żadnej mnie, której mogłabym nienawidzić. Po prostu, kiedy zaglądam w głąb, nie widzę konkretnej osoby, tylko kłębowisko myśli, zachowań, okoliczności. I wielu z nich wcale nie odczuwam jako swoich. To nie jest coś, czego zawsze ja pragnę, co ja myślę czy robię. A kiedy szukam Prawdziwej Mnie, nigdy jej nie odnajduję.”[5] 
I wtedy Daisy przytoczyła historię z żółwiami, która nadała tytuł książce. Historię, która pokazuje, że każdy człowiek to odrębny kosmos. 


John Green napisał piękną książkę dla młodzieży, o poszukiwaniu siebie oraz człowieczeństwa w sobie. Warto przeczytać!

[1] Green John, „Żółwie aż do końca”, przeł. Iwona Michałowska-Gabrych, wyd. Bukowy Las, 2017, s. 13
[2] tamże, s. 15
[3] tamże, s. 14
[4] tamże, s. 9
[5] tamże, s. 255

poniedziałek, 6 listopada 2017

Cyrograf - Jerzy Woźniak


Z kolejną powieścią Jerzego Woźniaka powracamy do powiatu szczycieńskiego w czasie II Wojny Światowej. Jest sierpień 1942 roku. To czas rozkwitu Hitlerjugend, czas kartek na masło oraz nasilonej propagandy sukcesu. Wojska niemieckie oblegają Stalingrad, a członkowie NSDAP bogacą się na potęgę, urządzają polowania i wydają sute uczty, o których wiedzą tylko zaproszeni goście. Nazistowskie Niemcy święcą triumfy. Jak powiedział jeden z bohaterów powieści, Gauleiter Erich Koch „narodowy socjalizm zaistniał u nas w Prusach nie dlatego, że był atrakcyjną ideologią. Zaistniał, bo był fenomenem cywilizacyjnym, który pozwolił narodowi powstać z kolan!”[1]

Głównym bohaterem powieści jest Jörg Langhannig, oficer policji wodnej w Ortelsburgu, czyli w Szczytnie. Na kartkach książki pojawiają się także bohaterowie znani z powieści „Mazur” oraz miejscowa ludność – Mazurzy, osobny lud nie-Polaków i nie-Niemców, jak o sobie mówią.

Jörg Langhannig jest jednym z wielu Niemców, którzy nie zgadzają się z oficjalną polityką władz, ale dla wygody i bezpieczeństwa swojego oraz rodziny „Wszczepił sobie w żyły myśl, że legalnie wybrana władza musi wiedzieć, co robi.  Jest wszak wybrana przez zdecydowaną większość Niemców.”[2] Co więcej „Kategorycznie zakazał w domu używać języka mazurskiego wyniesionego z rodzinnego domu. (…) Propozycja przydziału dużego i wygodnego mieszkania z partyjnej puli na Jägerstraße dała mu pewność, że musi raz na zawsze wsadzić swoje przekonania głęboko do kieszeni. Stał się jednym z nich, dokonał moralnego gwałtu na własnej duszy, wbił sobie gdzieś głęboko zadrę, ale trwał…”[3].

Wydarzenia jednak wystawiają Jörga na próbę. Okazuje się, że ktoś dokonał makabrycznej zbrodni i wrzucił do rzeki zdekapitowane zwłoki. Jednocześnie Jörg dokonuje dziwnego odkrycia w miejscowym muzeum. Odżywają wątpliwości, które stłumił.
Czy uda mu się rozwiązać zagadkę? I dokąd ona go zaprowadzi? Czy Jörg podpisał cyrograf, a jeśli tak, to z czym się wiązał?

Sensacyjna intryga rozgrywa się na tle dużych i małych wydarzeń, które zapisano w archiwach, dokumentach i kronikach Szczytna, czyniąc z niej  bardzo prawdopodobną wersję wydarzeń. Jest pretekstem, by pokazać czytelnikowi mechanizmy, które napędzają koło historii. Historii, która niestety lubi się powtarzać. Chociaż nie musiało to być zamysłem autora, widzę wiele podobieństw do obecnej sytuacji w Polsce. Kiedy czytam, że Mazurzy to gorszy sort ludzi, a narodowy socjalizm to lepsza zmiana, skóra mi cierpnie na plecach.

Na okładce widzimy koguta, któremu głowę ucina niemiecki miecz. To Kłobuk, popularny na Mazurach  demon, który pojawia się w książce w przełomowych chwilach. Co symbolizuje i jaką odgrywa rolę? Odpowiedź znajduje się w książce.

„Cyrograf” to zgrabnie spleciona intryga opowiedziana na tle historii Mazur. A historia jest obszarem, w którym Jerzy Woźniak czuje się doskonale, dzięki czemu z łatwością maluje barwne i autentyczne tło dla opowiedzianej przez siebie historii.
Bardzo polecam!

[1] „Cyrograf”, Woźniak Jerzy, Agencja Wydawnicza i Reklamowa Akces 2017, s. 52
[2] tamże, s.132
[3] tamże, s. 133

Moja recenzja poprzedniej książki Mazur - Jerzy Woźniak



Jerzy Woźniak [Tygodnik Szczytno 2017-09-07]


Cyrograf
Jerzy Woźniak (ur. 1969)                                                             

Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza i Reklamowa Akces
data wydania 28 sierpnia 2017
ISBN 9788362761869
liczba stron 301




Linki:

Wywiad z Jerzym Woźniakiem w Tygodniku Szczytno TUTAJ
Artykuł "Tu, gdzie są Mazury był świat, który zapadł się pod ziemię" w Gazecie Wyborczej Olsztyn TUTAJ
Artykuł "Paktując z diabłem" w Kurku Mazurskim TUTAJ


środa, 25 października 2017

Laboranci u Ducha Gór

Zioła towarzyszyły człowiekowi od zarania dziejów.  Nie ma narodu, który nie miałby własnych tradycji zielarskich, własnej, ludowej medycyny. A jednak, w Karkonoszach doby renesansu zielarstwo stało się intratnym zawodem i wspięło na wyżyny ówczesnej nauki.
"Chociaż zielarska profesja znana była od dawna, określenie „laborant” zostało użyte po raz pierwszy na inskrypcjach barokowych nagrobków znajdujących się na północno-zachodniej ścianie kościoła parafialnego pod wezwaniem św. Jadwigi w Miłkowie, a pochodzących z samego końca XVII w." [1]
Przemysław Wiater od lat podąża tropem laborantów, wyszukując w starych księgach wzmianek o ludziach zajmujących się zielarstwem, dawnych receptur, notatek w pamiętnikach podróżników odwiedzających Dolny Śląsk (między innymi Izabeli Czartoryskiej), tłumaczy znalezione teksty z języka niemieckiego i popularyzuje w lokalnych wydawnictwach. Karkonoscy laboranci znani byli w całych Prusach, a ich leki docierały na dwory Europy oraz Rosji. Na kartkach książki zobaczymy sprzęt jakim się posługiwali laboranci, stare dokumenty oraz istniejące do dzisiaj domy dawnych laborantów. Dzięki dr Wiaterowi możemy poznać fenomen dolnośląskiego zielarstwa, a wszystko ukazane jest na tle historii zielarstwa w ogóle, związków laborantów z tajemniczym Duchem Gór zamieszkującym Karkonosze, legend i malarstwa. 

Duch Gór, rzeźba nad wejściem do Urzędu Pocztowego
w Jeleniej Górze (ul. Pocztowa), ok. 1930
Pięknie wydaną książkę zdobią ilustracje oraz pobudzające wyobraźnię, związane z zielarską profesją, karkonoskie legendy. Znajdziemy tam historię rozkwitu oraz upadku cechu laborantów, stare przepisy na ziołowe leki, tajemnicze teorie i .... opisy szarlatanerii, jaką była na przykład maść na latanie.
Duch Gór, przedstawiany jako laborant, z długą, siwą brodą i kosturem, przemierzający groźne i niedostępne góry może i dzisiaj rozpalić wyobraźnię turystów, a także mieszkańców. 

Gorąco zachęcam do lektury książki "Laboranci u Ducha Gór" Przemysława Wiatera, do odkrywania tajemnic krainy Ducha Gór oraz poznawania dziedzictwa Dolnego Śląska, jakim jest dawne ziołolecznictwo.

[1] "Laboranci u Ducha Gór", Wiater Przemysław, Ad Rem 2017r., s. 10

niedziela, 22 października 2017

Królowa jest tylko jedna - "Królowa Zbrodni" A. Wilson

Swego czasu głośna była sprawa morderstwa, które popełniono we Wrocławiu w 2000 roku. Dopiero powieść „Amok”, wydana trzy lata później, rzuciła światło na okoliczności zbrodni i pozwoliła ująć mordercę, jej autora.
Powieści detektywistyczne Agathy Christie są tak doskonałe, że zapewne wielu czytelników zadawało sobie pytanie, na ile autorka posługiwała się wyobraźnią, a na ile z autopsji znała ciemną stronę ludzkiej natury. Podobne przemyślenia towarzyszyć nam mogą podczas lektury innych poruszających książek, w których pisarz wyjątkowo sprawnie posługuje się piórem.

Ile jest prawdy w tym, że aby przekonująco pisać o zbrodni trzeba ją samemu popełnić?

Życie Agathy Christie zawiera jeden zagadkowy i niewyjaśniony do tej pory epizod. Nigdzie w autobiografii nie znajdziemy bodaj słowa na temat tajemniczych jedenastu dni, podczas których Agatha Christie zniknęła. Obraz autorki, jaki wyłania nam się z autobiograficznych powieści, pokazuje kobietę, która starannie kontroluje informacje, które na jej temat staną się publicznie dostępne. Agatha żyła w czasach, w których nie szukano rozgłosu za pomocą skandali, odwrotnie, unikano ich za wszelką cenę. Były wydarzeniami w złym guście, wstydliwymi. Podobnie wstydliwą sprawą były kłopoty małżeńskie, zdrada czy rozwód. Dlatego jest sprawą co najmniej zagadkową, że aspirująca do tzw. towarzystwa pisarka, szanowana żona i matka, wywołała tak wielkie zamieszanie wokół swojej osoby. 

Dlaczego? Nie spodziewała się rozgłosu? Przeliczyła się? Czy może, faktycznie straciła pamięć?

Andrew Wilson w „Królowej zbrodni” snuje własną wersję wydarzeń. Wplata w nią autentyczne zdarzenia i okoliczności, które ustaliła policja w grudniu 1926 roku, ludzi, którzy mieli związek z śledztwem oraz krewnych i znajomych autorki, a przede wszystkim – samą Agathę Christie!
Aby uwiarygodnić swoją wersję wydarzeń, Wilson gruntownie przestudiował życiorys pisarki, jej „Autobiografię” oraz artykuły prasowe. Dzięki temu, Agatha Christie, na kartkach powieści staje jak żywa, razem ze swoimi atutami i kompleksami, umiejętnościami oraz lękami.
Andrew Wilson wplątał Agathę w historię rodem z jej kryminałów, postawił w sytuacji wręcz niesamowitej, ale prawdopodobnej. Tego, co faktycznie wydarzyło się podczas owych jedenastu dni, prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy, lecz dzięki „Królowej zbrodni”, możemy popuścić wodze wyobraźni.

W książce mamy dwa wątki, prowadzone równolegle: pisaną w pierwszej osobie relację samej Agathy Christie oraz wątek poszukiwań, w których uczestniczą różne osoby – policja i znajomi pisarki.  Postać Agathy oparta jest na jej książkach autobiograficznych i biografiach innych autorów, szczególnie Jareda Cade.
Zgodnie z faktami, na kartach książki spotykamy pisarkę w bardzo trudnym okresie jej życia – jej matka niedawno zmarła i Agatha przeżywa żałobę, a mąż Archie ma kochankę i żąda rozwodu. Agatha, w związku z tym, cierpi na niemoc twórczą i bez powodzenia usiłuje napisać „Zagadkę Błękitnego Ekspresu”. Sytuację komplikuje fakt, że po sukcesie „Zabójstwa Rogera Ackroyda” oczekiwania czytelników są bardzo wysokie.

Dla czytelników, którzy znają biografię autorki, książka jest fascynującą podróżą do jej świata. Odnajdujemy w niej krewnych, agenta literackiego, sekretarkę, córkę a nawet teriera o imieniu Peter. Jest też Archie, o którym od samej Agathy wiemy dość mało. Pojawia się także fikcyjna postać doktora Kursa, stworzona na wzór fikcyjnej postaci doktora Shepparda z powieści Agathy „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, a która odgrywa w powieści znaczącą rolę. Nic w fikcji stworzonej przez Andrew Wilsona, nie jest przypadkowe. Im lepiej czytelnik „Królowej zbrodni” orientuje się w życiu i powieściach Agathy, tym większą przyjemność będzie czerpał z lektury książki.
Oczywiście, są i trucizny. Jakżeby inaczej. Jest zbrodnia, są trucizny, ale kto i dlaczego popełnił zbrodnię? Tego dowiecie się z lektury „Królowej zbrodni”.

Wątek poszukiwań powstał na podstawie dokumentów, które znajdują się w policyjnych aktach, w prasie z grudnia 1926 roku oraz w oficjalnym oświadczeniu, które wydała rodzina Agathy. Wynika z niego, że pisarka doznała poważnego zaniku pamięci, ale zarówno wtedy, jak i obecnie, wiele osób w to wątpi. W archiwum pisarki, które tak dokładnie skatalogował i opisał John Curran, brakuje zeszytu z notatkami do „Zabójstwa Rogera Ackroyda”. Na kartkach powieści Wilsona pojawia się prowadzący śledztwo komisarz Kenward, Una Crowe i wiele innych, prawdziwych postaci.
Informacje o tym, które wątki w książce są autentyczne, znajdziemy na stronie 300.

„Królowa zbrodni” to ciekawa powieść na jesienny wieczór, ale i hołd dla Agathy Christie. Solidne przygotowanie się przez autora, wciągająca fabuła i sama Królowa Zbrodni – czyż to nie gwarancja dobrej rozrywki?
Serdecznie polecam nie tylko fanom Agathy Christie!